A co można zyskać, kupując sztukę świadomie, ze zrozumieniem, z pasją? Przede wszystkim ciekawsze, ładniejsze życie. Często rozmawiam ze znajomymi inwestującymi po godzinach pracy na Giełdzie Papierów Wartościowych i nie mogę się nadziwić ogromowi ich szczegółowej wiedzy. A to jakiś pan Krzysztof (wszyscy wtajemniczeni oczywiście w pół słowa wiedzą, o kogo chodzi) zwiększył przed tygodniem swój udział w jednej spółce, a w innej udział zmniejszył, a w trzeciej wszedł osobiście do zarządu. A to znów jakaś spółka produkująca licho wie co ma działkę w atrakcyjnej dzielnicy ważnego miasta.
Gdyby tysiące Polaków z pasją wróżących, w której spółce objawi się za tydzień pan Krzysztof, a która spółka ma atrakcyjną działkę, w dodatku bilansowaną dotychczas wedle wartości księgowej, dyskutowało raczej o przesłaniu malarstwa Jacka Malczewskiego, o problemie światła gazowego i elektrycznego w miejskich nokturnach Aleksandra Gierymskiego czy o stosunku wczesnego malarstwa Jerzego Nowosielskiego do kobiecego ciała, to świat byłby dużo ciekawszy i piękniejszy.
Rozumne i odpowiedzialne inwestowanie wymaga rozległej wiedzy i wypracowania własnych, indywidualnych technik analitycznych. Każda, rzetelna wiedza budzić musi szacunek, ale są dziedziny wiedzy bardziej - powiedziałbym - uszlachetniające. Wiedza o sztuce niewątpliwie do nich należy. Co komu dziś po szczegółowej znajomości operacji finansowych Uniwersalu sprzed 15 lat? A umysłowe pożytki z gruntownej wiedzy o malarstwie Malczewskiego czy Ślewińskiego są nieocenione.
Akcje dają większy zysk, sztuka - więcej przyjemności
Inwestowanie w sztukę nie jest najskuteczniejszym pomysłem na szybkie wzbogacenie się. Niedawno porównywałem efektywność 15-letniej inwestycji w akcje spółek notowanych na giełdzie i w dzieła sztuki na rynku aukcyjnym. Przyjąłem konserwatywnie, że akcji solidnego, obiecującego banku inwestor nie pozbędzie się przez cały czas inwestowania i podobnie potraktuje płótna dwóch znakomitych malarzy, o których twórczości już w 1992 r. można było sądzić, że będzie stale i szybko zyskiwać na wycenie. Ten bardzo wyrywkowy, bardzo ryzykowny, bo obarczony mnóstwem arbitralnych ograniczeń, szacunek dał rezultaty pouczające.
Akcje banku dały zysk czterokrotnie wyższy od zysku z obrazów.
Zwrot z zakupu skądinąd świetnego, nadzwyczaj dekoracyjnego malarstwa okazał się jednak bardzo wysoki, nader atrakcyjny na tle sprawdzonych metod zrównoważonego, stosunkowo bezpiecznego inwestowania, np. w nieruchomości lub w fundusze inwestycyjne.
Inwestowanie w sztukę daje zatem godne uwagi zyski, ale - w połączeniu z kolekcjonerską pasją - daje także nowe, ciekawsze życie. Nie tylko dlatego, że poszerza horyzonty, że niejako wymusza niezwykle intensywne obcowanie z dobrą sztuką.
Gromadzenie dobrej sztuki jest także świadomym budowaniem własnego, ładniejszego świata. Apartamenty i rezydencje zamożnych Polaków zatrważająco często są manifestacją estetycznego, kulturalnego ubóstwa ich skądinąd zamożnych właścicieli. W gorszym przypadku straszą estetyką, "jak mały Kazio wyobraża sobie rezydencję bogacza", w nieco lepszym zaś - odstręczają ziejącą brakiem autentyzmu realizacją cudzej wizji; wizji architekta wnętrz. Kupowanie pięknych przedmiotów to w efekcie umiejętność i radość budowania własnego domu. Inwestowanie w sztukę, świadome \patrzenie na nią, w końcu pozwala na wyrażenie się poprzez sztukę.
Naprawdę lepiej samemu nauczyć się patrzenia na obraz, oceniania stopnia autentyczności i wartości mebla, niż powierzać decyzję o zakupie doradcom.
Tak się składa, że gdy w życiu zawodowym robimy coś z wielką pasją, nie patrząc na materialne zyski, to zyski te kiedyś do nas same przyjdą. Kolekcjonowanie dzieł sztuki tę prawdę pięknie potwierdza. Gdy już przyjdzie zrozumienie, dlaczego jedno płótno jest wartościowe, a inne, pozornie podobne, nie jest warte funta kłaków, a na pewno nie powieszenia we własnej sypialni, nagle okaże się, że nasze artystyczne fanaberie zaskakująco szybko powiększają swą wartość.
Inwestorzy giełdowi wiedzą, że posiłkując się rekomendacjami inwestycyjnych ekspertów, można ładnie zarobić. Ale prawdziwie wielkie trafienia biorą się z własnej analizy, więcej - ze znalezienia własnego, osobistego, niepowtarzalnego pomysłu na inwestycję. To działa także na rynku sztuki.
Kupowanie przedmiotów sztuki jest przy tym bezpieczniejsze. O tyle bezpieczne, że przy minimum kompetencji, dobrego smaku i ostrożności naprawdę trudno jest na tym stracić. Dotyczy to malarstwa i - nawet bardziej - mebli oraz wszelkiego rzemiosła artystycznego. Meblowanie mieszkania dziełami sztuki przypomina trochę wykupienie polisy ubezpieczeniowej na urządzenie wnętrza - daje otóż duże prawdopodobieństwo, że całość będzie estetyczna i nie straci z czasem na wartości.
Zrozumieć sztukę
No dobrze, a co z tymi, co chcą inwestować w sztukę tak, jak inwestują w papiery wartościowe, nieruchomości, metale?
Poważne inwestowanie w sztukę w gruncie rzeczy niewiele różni się od tamtych inwestycji.
• Po pierwsze, dobrze jest pamiętać o fundamentalnej zasadzie Warrena Buffetta. Wielki amerykański inwestor nie kupuje akcji firm, których działalności nie rozumie. Zatem znowu - trzeba uczyć się patrzenia na sztukę i rozumienia jej.
• Po wtóre, dobrze jest rozpoznać, w jakiej fazie rynek sztuki się znajduje. To akurat nie jest przesadnie skomplikowane. Koniunktura na rynku sztuki jest coraz silniej skorelowana z koniunkturą na innych krajowych rynkach finansowych. Gdy boom na Giełdzie Papierów Wartościowych i na rynku nieruchomości wykreuje sporo świeżego pieniądza, lecz dynamika wzrostów zaczyna słabnąć, można rychło spodziewać się hossy na aukcjach sztuki (ale uwaga: gwałtowna i głęboka bessa na giełdzie wcale nie sprzyja nakręceniu hossy na dzieła sztuki, przeciwnie, do tej pory inwestorzy finansowi woleli w sytuacji depresji giełdowej raczej zaczekać z gotówką przy boku na rozwój sytuacji, niż zamrażać ją w obrazach i rzeźbach).
• Po trzecie, trzeba ocenić, które segmenty rynku rokują największe zyski. Na pewno te, za którymi potencjalnie stoją wielkie pieniądze. Ogromny wzrost w ciągu ostatnich dziesięciu, piętnastu lat cen polskich malarzy, którzy przed 1918 studiowali na rosyjskich uczelniach artystycznych i malowali dla rosyjskich odbiorców, w gruncie rzeczy łatwo było przewidzieć. Bogactwa Rosji musiały w końcu wykreować liczną, fantastycznie bogatą warstwę wyższą. Kto przed dwudziestu laty kupił za ówczesną rynkową cenę parę dobrych pejzaży Stanisława Żukowskiego, kupił je tanio. Kto zaś płótna te przetrzymał do dziś, ten jest zamożny. Ostatni skok cen malarstwa Meli Muter wynika z tego, że w katalogach poważnych zachodnich domów aukcyjnych zaczęła być ona opisywana jako malarka rosyjska.
Podobny mechanizm zaczyna już działać w stosunku do dawnej sztuki chińskiej. Bogactwo naprawdę bogatych Chińczyków już dziś jest bajeczne, jutro zaś będzie nieporównywalne z tym, co osiągnęli najbogatsi Rosjanie. Chińczycy od zawsze byli rozkochani we własnej sztuce. Tymczasem w pożodze rewolucji kulturalnej w praktyce zniszczone zostało ich kulturalne dziedzictwo. Przezorni nasi marszandzi już dziś pilnie uczą się zawiłości chińskiej sztuki, także użytkowej, i wykupują z naszego rynku wszystko, co chińskie i wartościowe. Jutro będzie dużo droższe, a pojutrze...
Być o krok przed innymi
Chcąc inwestować skutecznie, trzeba intelektualnie wyprzedzać ewolucję rynku. W przypadku sztuki - ewolucję gustów i hierarchii kolekcjonerów i inwestorów.
Przed kilkunastu laty było niemal pewne, że po dominacji na rynku malarstwa XIX-wiecznego musi przyjść czas na międzywojenne, skądinąd bardzo zróżnicowane i ciekawe. I było pewne, że potem muszą ruszyć ceny awangardy lat 50. i 60.
Ale było też jasne, że niektóre gwiazdy zawsze będą świecić najjaśniej.
Przykład najprostszy: skoro uniwersyteccy i muzealni historycy sztuki zgodnie uważają, że Jacek Malczewski jest znakomitym malarzem, skoro przy tym jego twórczość podoba się inwestorom nic nierozumiejącym z jej przesłania i zalet warsztatowych, można być pewnym, że obrazy Malczewskiego będą drożały.
Skoro na Zachodzie w górę idą jak szalone ceny fotografii, nawet tej, która z artyzmem ma niewiele wspólnego, warto poszukać artystów mogących na naszym rynku zrobić finansową karierę. Tym bardziej że ceny jednostkowe fotografii są u nas ciągle - w porównaniu z malarstwem i cenami fotografii na rozwiniętych rynkach - bardzo niskie.
Na rynku sztuki warto także, wzorem inwestowania w akcje, zakładać sobie poziomy strat, przy których inwestycję zamykamy. Dobry gust i wiedza w zasadzie chronią przed wpadkami, ale zwłaszcza na początku łatwo kupić jakieś realistyczne (albo, gorzej, tzw. magiczne...), sentymentalne mazidło, od lat lotem koszącym pędzące ku ziemi. Jest nieco takich płócien na rynku. I paradoksalnie warto je choć raz kupić, aby nauczyć się krytycyzmu i pokory.
Z kolei do rynku nieruchomości upodabnia rynek sztuki wysoka efektywność inwestowania w dobra luksusowe, z najwyższej półki, a najlepiej - w rzeczy praktycznie na rynku niepowtarzalne. Dzieła najwyższej klasy, w rodzaju sprzedanego niedawno na aukcji w Desie Unicum pastelu Wyspiańskiego za 620 tys. zł, są inwestycją najpewniejszą i przy tym wysoce efektywną. Dlaczego bowiem ten fantastyczny obraz nie miałby kosztować milion? Albo więcej? W końcu polska klasa wyższa także jest coraz bogatsza, a ileż dzieł powiesić można na ścianach nawet bardzo dużej rezydencji?
W starym dowcipie bogaty amerykański inwestor namawia biednego, wylegującego się bezczynnie na skrawku własnej plaży meksykańskiego rybaka, by wspólnie zbudować na niej hotel. Po dwudziestu latach ciężkiej pracy będziesz tak bogaty, że będziesz mógł położyć się na plaży i nic nie robić, namawia Amerykanin. Ale ja już dziś, bez dwudziestu lat harowania, leżę na plaży i nic nie robię, odpowiada rybak.
Przedsiębiorcy z ambicjami harują w swych firmach przez lata, by wreszcie zarobić miliony, kupić arcydzieła i powiesić w salonie. Nie prościej i przyjemniej kupić je teraz, siąść w fotelu, patrzyć na nie i czekać, aż będą warte miliony?