Ich biura są już w każdym większym mieście. Dobre garnitury, w torbach laptopy z wiedzą tajemną, na twarzach szerokie uśmiechy. To doradcy finansowi, którzy coraz bardziej rozpychają się na rynku finansowym. Już co trzeci kredyt hipoteczny udzielony przez banki to ich dzieło. Dla wielu z nas, nieobytych ze światem finansów, taki doradca to prawdziwy autorytet, a proponowane przez niego rozwiązania są jak wyrocznie.
Tylko czy ci doradcy naprawdę są takimi geniuszami? Dziennikarka "Gazety" odwiedziła oddziały czterech renomowanych sieci doradców finansowych i poprosiła o znalezienie jak najlepszego kredytu na zakup lub remont mieszkania. W jednej sieci poradzono jej, żeby zamiast kredytu pod hipotekę wzięła drogą pożyczkę gotówkową. W innej - doradca w ogóle nie przyszedł na spotkanie. A przy okazji kredytu próbowano wcisnąć jej obwarowany wysokimi prowizjami program oszczędnościowy.
O komentarz do propozycji przedstawionych naszej dziennikarce poprosiliśmy niezależnych ekspertów - Rafała Lorka prowadzącego własną firmę specjalizującą się w zarządzaniu majątkiem oraz Aleksandra Matyję, niezależnego doradcę finansowego.
Expander Prestige, czyli opcja dla VIP-a Kredytobiorca: małżeństwo, dwoje dzieci.
Wiek: żona - 51 lat, mąż - 46 lat
Dochody: 25 tys. zł netto. On 19 tys. zł netto (z umowy o pracę), ona - 6 tys. (umowa o dzieło w firmie reklamowej)
Kredyt: 900 tys. zł.
Zabezpieczenie kredytu: mieszkanie warte 450 tys. zł
Zobowiązania: karta kredytowa z limitem 15 tys. zł
Oszczędności: 30 tys. zł
Szukam z Expanderem kontaktu przez internet. Wysyłam wypełniony formularz kontaktowy. Okazuje się, że klienci z wysokimi miesięcznymi dochodami trafiają do oddziału "prestige". Na parterze mokotowskiego biurowca "zwykły" Expander, a ten dla VIP-ów - dwa piętra wyżej. Doradca wychodzi po mnie. Rozmawiamy w małym pokoiku ze szklanymi drzwiami. Skórzane fotele. Doradca też chyba z wyższej półki. Na ścianie wisi dyplom dla najlepszego doradcy finansowego 2008 r., za debiut roku.
Mój rozmówca, pan Maciej, na oko dwudziestoparolatek, szybko skraca dystans. Zwraca się do mnie: pani Małgorzato. I opowiada: - Expander jest brokerem finansowym, współpracujemy z 20 bankami. Znajduję dla pani najlepsze rozwiązania, które są na rynku, wybieram po 2-3 najlepsze oferty. Wszystkim oczywiście zajmuję się sam, pani nie musi się martwić robotą papierkową.
No, nieźle - myślę. I wyłuszczam mój problem. - Chcemy z mężem kupić dom, ale brakuje nam jakieś 900 tys. zł. Mamy mieszkanie, które możemy sprzedać albo potraktować jako zastaw pod kredyt.
Później opowiadam o starym dworku pod Warszawą, 40 km od centrum. Nie przesadzam z aspiracjami. Dom z duszą, tylko 240 m kw., z ogrodem.
Doradca sprawdza naszą zdolność finansową. Nie ma z tym kłopotu. - Mają państwo zabezpieczenie w postaci nieruchomości, bardzo fajnie - nieobciążona hipoteka, żadnych kredytów, żadnych zobowiązań - cieszy się doradca.
Jedynym minusem jest dość duża różnica dochodów. Mąż zarabia o wiele więcej. Podobno to źle. Ale doradca szybko zmienia temat. - Ja to bym w państwa przypadku popracował nad inwestowaniem pieniędzy. Przez rok zarabiają państwo 300 tys. zł. Gdyby choć 10 proc. z tego zainwestować... - rozmarza się. Ale czas goni, wracamy do kredytu. Na czym stanęliśmy? Aha, badanie zdolności kredytowej.
Z powodu mojej umowy o dzieło, żeby był bufor finansowy, przyjmujemy dochód rodziny jako 22 tys. zł. Potem spisujemy koszty: utrzymania domu, samochodu, comiesięczne rachunki, obsługa karty kredytowej.
Kalkulację rat kredytu zaczynamy od kredytu w złotych. Najniższe oprocentowanie, jakie moglibyśmy uzyskać, to 5,91 proc. Rata w granicach 6,4 tys. zł miesięcznie. We franku będzie bardzo podobnie, raptem 100 zł mniej. Ale doradca ostrzega przed ryzykiem brania kredytu w walucie. Sprawdzamy, co będzie, gdy ja stracę pracę? Nic, na raty wystarczy z pensji męża. Ale gdy mąż traci pracę? Wtedy jesteśmy na minusie.