Długów nie spłaca już kilkaset tysięcy Polaków. Najbardziej zadłużeni mogą od dwóch i pół miesiąca szukać ochrony przed wierzycielami w sądzie i starać się o ogłoszenie prywatnego bankructwa. Ludzi, którzy skorzystali z dobrodziejstw ustawy o upadłości konsumenckiej, można policzyć na palcach jednej ręki, no, najwyżej dwóch. Sądy olbrzymią większość wniosków o upadłość odrzucają, bo nasza ustawa jest jedną z najbardziej restrykcyjnych na świecie.
Między Chapter 7 a zimną Skandynawią Porównywalnie twarde dla konsumentów prawo obowiązuje tylko w krajach skandynawskich. Ale już w Europie Zachodniej, np. we Francji lub Niemczech, zadłużonym osobom jest znacznie łatwiej ogłosić upadłość niż u nas. Nie mówiąc już o liberalnych Stanach Zjednoczonych, w których w zeszłym roku prywatne bankructwo ogłosiło milion osób.
Ale tam 70 proc. upadających konsumentów korzysta z tzw. regulacji Chapter 7 prawa o bankructwie, która pozwala sądowi całkowicie umorzyć długi bankruta, nie obciążając spłatami na rzecz wierzycieli nawet jego przyszłych dochodów! Jedyną konsekwencją prywatnego bankructwa w
USA jest to, że w kolejnych latach banki pożyczają takiej osobie pieniądze na znacznie wyższy procent i żądają dodatkowych zabezpieczeń.
Czy amerykańskie prawo powinno być dla nas wzorem? Nie! Zbyt łatwy dostęp do upadłości byłby demoralizujący. Po co spłacać kredyty i płacić rachunki, skoro można wszystkie pieniądze przehulać, a na koniec przyjdzie jakiś dobry wujek i wszystko umorzy? Za tych, którzy nie oddają bankom długów, płacą pozostali klienci, czyli my wszyscy, choćby w formie wyższych odsetek od kredytów.
Dlatego krytykowałem ultraliberalne pomysły posłów PiS zgłaszane w poprzedniej kadencji Sejmu - chcieli, by z upadłości mógł korzystać każdy, kto wpadł w pętlę długów. Teraz jednak uważam, że obowiązująca ustawa przygotowana przez PO jest zbyt ostra, za daleko odbiła w drugą stronę.
Nawet Jerzy Bańka, główny prawnik Związku Banków Polskich - a jego trudno posądzać o sympatię do upadłości konsumenckiej - ocenił, iż ustawa jest tak restrykcyjna, że konsumenci mogą w ogóle nie chcieć z niej korzystać. Zdaniem Bańki dla bankruta nie ma większej różnicy, czy odda się w ręce
syndyka i ogłosi upadłość, czy zlicytuje go
windykator. Tak czy owak prawdopodobnie straci cały majątek.
Jest kij, a gdzie marchewka Nowe prawo jest właściwie martwe. Największą wadą ustawy jest to, że jest w niej solidny kij na dłużnika, a marchewki nie ma.
Składając wniosek o upadłość, zadłużony skacze w nieznane. Wie, że może stracić cały majątek (nawet mieszkanie, dostanie tylko pieniądze na wynajęcie innego przez rok), że być może będzie musiał oddawać na poczet długów dużą część swoich przyszłych dochodów. I że tylko w ostateczności (gdy zabraknie mu majątku i przyszłych dochodów) może liczyć na redukcję długów.
Marchewką dla konsumentów mogłoby być wpisanie do ustawy obietnicy ochrony jakiejś części majątku bankruta lub choćby części jego przyszłych dochodów. Dziś majątek nie jest chroniony w ogóle, a to, jaki procent przyszłej pensji będzie "rekwirowany" na pokrycie długów, zależy od uznania sądu. Gdyby zasady były precyzyjne, ustalone w ustawie, konsument mógłby sobie wyliczyć, jak duże wyrzeczenia go czekają. Łatwiej byłoby mu podjąć decyzję i starać się o upadłość. Dziś taka decyzja to skok w nieznane.
Drugi mój postulat to wpisanie do ustawy automatycznej redukcji długów każdej osoby, która zostanie zakwalifikowana przez sąd do upadłości. Redukcja nie musi być duża: wystarczy 10, może 20 proc. Chodzi o rabat, który uczyni upadłość konsumencką rozwiązaniem korzystniejszym niż bierne czekanie na wizyty komorników i
windykatorów.
Wreszcie - należałoby wprowadzić zasadę, że za postępowanie upadłościowe płacą również wierzyciele. Sam wniosek o upadłość kosztuje tylko 200 zł, ale cała procedura likwidacji majątku dłużnika to już kolejne kilka tysięcy złotych, które są potrącane z tzw. masy upadłości. Paweł Dobrowolski z Instytutu Sobieskiego w swoim raporcie o upadłości konsumenckiej zwraca uwagę, że dla wielu osób niemających dużego majątku same koszty działalności syndyka przekreślają sens starania się o upadłość.
Warto dopłacić do upadłości Mam świadomość, że efektem ubocznym tych zmian byłoby przerzucenie części kosztów związanych z upadłością konsumenta na barki jego wierzycieli i - pośrednio - całego społeczeństwa. Pytanie, czy kosztów tych nie warto ponieść, by dać kolejną szansę osobom, które wpadły w tarapaty nie z własnej winy. Mamy pewność, że pieniądze (głównie z kieszeni instytucji finansowych) nie pójdą na rabaty dla utracjuszy, którzy zadłużali się lekkomyślnie, ale dla pokrzywdzonych przez los. Osoby bogatsze o te doświadczenia mogą być lepszymi klientami finansowych instytucji.
Przemawia też do mnie argument Pawła Dobrowolskiego, który w swoim raporcie zwraca uwagę, że dziś instytucje finansowe nierzadko udzielają kredytów z dużą beztroską, bez dokładnego sprawdzenia
zdolności kredytowej pożyczkobiorcy. Być może więc i owe instytucje finansowe powinny ponieść część odpowiedzialności za kłopoty klientów?