Dwie wiadomości. Najpierw dobra: Mimo finansowego tsunami, polskie banki wciąż wydają się niezagrożone. Teraz zła: Stany Zjednoczone, Europę czeka recesja. Polacy też ją odczują.
Piekielny cyklW marcu 2000 na Wall Street pękła "internetowa bańka". Mniejsza od tej mieszkaniowej, która pęka teraz, ale jeszcze mocniej napompowana. W ślad za Stanami Zjednoczonymi i Europą Zachodnią załamały się indeksy na warszawskiej giełdzie.
Polska gospodarka pędziła wtedy pełną parą, ale USA zaczęły wchodzić w "lekką recesję" i ciągnąć Europę w dół.
Kiedy już widać było poprawę, 11 września 2001 w wieże World Trade Center uderzyły dwa samoloty pasażerskie pilotowane przez islamskich terrorystów. Na zachodni świat padł strach. Największe linie lotnicze znalazły się na krawędzi bankructwa. A gospodarka pogrążyła się na kolejne dwa lata.
W trakcie tych dramatycznych wydarzeń tempo wzrostu PKB w Polsce spadło z 6 procent na początku 2000 roku do zera na przełomie lat 2001-2002. WIG odkuł się dopiero po czterech latach, gdy wszedł w fazę niespotykanej dotąd ponad czteroletniej hossy.
Co piąty bez pracyChwilowe spowolnienie wystarczyło, by firmy zaczęły zwalniać setki pracowników. W grudniu 2001 roku
TP SA ogłosiła redukcję zatrudnienia o 20 procent, czyli o 12,5 tys. osób. W zakładach tyskich fiata zwolniono 700 osób. Wymarły całe osiedla. Przez dwa lata dekoniunktury stosowano miesięczne przestoje w produkcji, by uniknąć dalszych zwolnień trzytysięcznej załogi. - Lata 90. były piękne. Pracownicy Fiata co trzy lata zmieniali samochody. Teraz nie sprzedają starych, bo nie mają pieniędzy, żeby dołożyć i kupić nowy. Kupują tylko jedzenie - wspominał w reportażu "Gazety Wyborczej" Krzysztof Pudełko, współwłaściciel autokomisu na skraju osiedla.
Na przełomie 2003 i 2004 roku stopa bezrobocia w Polsce sięgnęła rekordowe 20,6 procent.
- Liczę, że wojna Stanów Zjednoczonych z terrorystami nakręci koniunkturę także u nas - mówi reporterowi w sierpniu 2001 roku przedstawiciel loklanej firmy kredytowej. Tłumaczy z przekonaniem, że jak będzie wojna, skończy się recesja. Ożywienie gospodarcze zaczynało się za każdym razem, gdy Ameryka zaczynała walczyć.
Miał rację. Tak się złożyło, że w marcu 2003, wraz z rozpoczęciem II wojny w Iraku amerykańskie indeksy poszły w górę. A za nimi cały świat.
Czy może być gorzej?Wielu ekonomistów porównuje obecną sytuację do załamania sprzed ośmiu lat. Z jedną różnicą - teraz sytuacja wydaje się o wiele poważniejsza. - Skala obecnych problemów jest raczej porównywalna do tego, co działo się w 1929 roku [gdy rozpoczął się tzw. wielki kryzys, przyp. red.]. Mamy do czynienia z zapaścią na niespotykana salę - twierdzi Piotr Kuczyński, główny analityk grupy Xelion.
Jakie będą tego konsekwencje dla polskiej gospodarki i portfeli Polaków? Mało kto chce mówić o konkretach. Na razie nie sposób przewidzieć, jak długo potrwa "finansowe tsunami". Analitycy nie chcą siać w mediach paniki.
Jednak wszyscy są zgodni, że Stany Zjednoczone czeka recesja. - Myślę, że najgorsze mają jeszcze przed sobą - mówi Ryszard Petru, główny ekonomista banku
BPH.
W Europie już recesjaKrach finansowy zbiegł się z cyklicznym spowolnieniem, które co kilka lat nachodzi Europę. Francja, Dania, Irlandia oraz Islandia już oficjalnie ogłosiły, że znajdują się w recesji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że w przyszłym roku gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a PKB Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii skurczy się.
Mimo to ekonomiści uspokajają: - Na razie mamy oczekiwanie na recesję, a nie poważny kryzys gospodarczy w Europie Zachodniej - ocenia Alfred Adamiec, główny ekonomista Noble Banku.
Recesja wpływa na wszystkie branże. Nie ma wątpliwości, że spowolnienie gospodarcze dotrze do Polski. Najprawdopodobniej po ponad czterech latach nieprzerwanej hossy, czekają nas dużo cięższe ekonomicznie czasy.
Polskie firmy ucierpiąTempo wzrostu polskiej gospodarki, zdaniem MFW, zwolni z 5,2 proc. w tym do 3,8 proc. w przyszłym roku. Eksperci znów są zgodni: nie ma powodu do paniki. Ryszard Petru zastrzega, że to nie wina krachu: - Gdyby go nie było, też rozwijalibyśmy się coraz wolniej, bo tak przebiega nasz cykl koniunkturalny.
Już teraz wiadomo, że w Europie najbardziej ucierpią branże bazujące na popycie wewnętrznym, czyli takie, które bazują tylko na rodzimym rynku (np. piekarnie). Ale nie tylko. W przypadku Polski z pewnością osłabnie eksport na rynek niemiecki, który jest głównym odbiorcą krajowych produktów (sektor odzieżowy, maszyny i urządzenia elektryczne)
Poza tym, ponieważ mamy do czynienia z kryzysem finansowym, wszystko, co opiera się na kredycie, stanie się się inwestycją podniesionego ryzyka. - Już widać efekty np. w motoryzacji, gdzie najbardziej spada sprzedaż aut. Do tego cały sektor finansowy, deweloperka i
budownictwo, które przyczyniło się do kryzysu - przekonuje Mirosław Budzicki, analityk rynków finansowych
PKO BP w Departamencie Skarbu.
Złotówka niepewna, ale nie przegranaIm dłużej będzie trwała niepewność światowych potęg gospodarczych, tym gorzej będzie z kursem złotego. Polska waluta tanieje, ale ekonomiści przewidują, że jak tylko sytuacja się uspokoi, znów będzie zyskiwać na wartości.
- Złoty bardzo się wzmocnił w ciągu ostatniego roku, a to był ogromny szok dla eksporterów, teraz z kolei przeżywamy szczyt osłabienia polskiej waluty - ocenia Maciej Krzak, szef zespołu prognoz makroekonomicznych CASE i wykładowca uczelni im. Ryszarda Łazarskiego. - Na początku przyszłego roku złoty powinien się ustabilizować. Przewidywania rzędu 2,20 - 2,30 za dolara i 3,10 - 3,20 za euro są jak najbardziej realne - dodaje Alfred Adamiec.
Co zatem czeka polskie firmy w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy? - Trudniej będzie sprzedać polskie produkty za granicą, chociaż osłabiona złotówka nieco ułatwi eksporterom życie. Wzrost innych walut sprawi, że towary importowane staną się droższe, więc nawet jeśli nasi przedsiębiorcy nie sprzedadzą wszystkiego za granicą, łatwiej im będzie znaleźć rynek zbytu w Polsce, szczególnie na dobra konsumpcyjne - mówi Adamiec.
Co z Twoją posadą?Jednak wieści z zagranicy mogą przerażać. Analitycy przewidują, że w Wielkiej Brytanii straci pracę nawet do miliona osób. Czarne scenariusze powstają również dla Stanów Zjednoczonych.
W Polsce możemy spodziewać się wyhamowania dotychczasowego wzrostu płac, ale bezrobocie się nie wzrośnie. Przy spadających wynikach firmy nie będą mogły sobie pozwolić na dodatkowe koszty w postaci premii, ale na zwolnienia też nie.
Tymczasem Polacy nie powinni bać się utraty zatrudnienia. Nadal dostajemy podwyżki, chociaż ten trend będzie powoli wygasał. - Zanim gospodarka osłabnie do tego stopnia, że zwolnienia z pracy staną się nieuniknione, upłynie kilka kwartałów - uspokaja Alfred Adamiec - Jest jednak szansa, że znacznie wzrośnie wydajność pracy, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie w trudnych czasach każdy pracownik chce się wykazać na swoim stanowisku.
Czy załamie się polski rynek nieruchomości?Ekonomiści przekonują, że rynek nieruchomości oprze się finansowym zawirowaniom. - Popyt na mieszkania w Polsce był fundamentalny, wynikał z braku lokali, ludzie kupowali swoje pierwsze mieszkania, nie drugie czy trzecie, jak to miało miejsce w Stanach Zjednoczonych - tłumaczy Petru. - Skala nowych inwestycji już teraz zmalała, dlatego głębokiej redukcji raczej już nie należy się spodziewać - dodaje.
Mniej optymistyczni są analitycy rynku nieruchomości. - Już dziś sytuacja w największych polskich miastach nie jest dobra, popyt na mieszkania zmalał, a teraz jeszcze banki zaczynają ograniczać kredyty. Wzrastają wymagania co do zdolności kredytowych, coraz częściej trzeba mieć 10 - 20 proc. własnego wkładu, żeby w ogóle starać się o kredyt - mówi Piotr Krochmal, rzeczoznawca majątkowy i analityk Instytutu Analiz Monitor Rynku Nieruchomości. - Nie jest żadną tajemnicą, że około 90 proc. nieruchomości kupowanych jest w Polsce na kredyt, więc każda manipulacja w warunkach ich udzielania odbija się natychmiast negatywnie na popycie - dodaje.
Ograniczenie liczby potencjalnych nabywców odbije się negatywnie a finansach deweloperów. - Jedyne rozsądne posuniecie, jakie mogą teraz zrobić deweloperzy, to skończyć rozpoczęte budowy i wstrzymać nowe inwestycje - ocenia Krochmal.
Naszym atutem są nasze słabościJest jednak nadzieja, że kryzys ujdzie nam płazem. Powód? Względne zacofanie Polski. - To, że jesteśmy gospodarką słabiej rozwiniętą, działa na naszą korzyść - ocenia Adamiec. - Poziom zadłużenia Polaków i naszych firm jest dużo niższy niż w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych.
Do tego banki już teraz przykręciły kurek z pieniędzmi. - Kredyt będzie dużo droższy, mniej osób będzie na niego stać - wylicza Petru.
Dlatego zagrożenie dla Polski jest mniejsze, a bezpośredni wpływ kryzysu na naszą gospodarkę będzie niewielki.
Kluczowa ma być pierwsza połowa przyszłego roku, która powinna być okresem stabilizacji dla Stanów Zjednoczonych. Wówczas to Europa będzie przeżywać najtrudniejsze chwile.
Wiele wskazuje na to, że możemy być spokojni o koniunkturę. W Polsce mamy tak wiele do zrobienia, że recesja, której główną oznaką jest brak popytu i inwestycji, będzie słabo odczuwalna dla przeciętnego Kowalskiego. - Mamy środki unijne do wykorzystania na lata 2007 - 2013, będziemy organizować
Euro 2012. To powinno pociągnąć za sobą gospodarkę - prognozuje Adamiec - Może nie czeka nas wzrost na poziomie 6 proc., ale konsumpcja dzięki niskiemu bezrobociu, wysokiemu zatrudnieniu i niejako wymuszonym przez wieloletnie programy inwestycjom na pewno utrzyma się na bezpiecznym poziomie - podkreśla.
Gorzej już nie będzie?- Zbliżamy się do powolnego przesilenia, zwłaszcza po planach ratunkowych, pompowaniu ogromnych sum przez banki centralne (funkcja pożyczkodawcy ostatniej instancji) i znacznym podwyższeniu gwarancji depozytowych dla indywidualnych klientów banków w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej sytuacja finansowa powinna się powoli stabilizować. Dodatkowo wszyscy obniżają stopy procentowe, co również powinno zacząć sprzyjać uspokojeniu - ocenia Maciej Krzak.
Jego zdaniem już teraz można zauważyć źródła kolejnego ożywienia gospodarczego, np. spadek cen ropy naftowej: - Będzie to miało wpływ na popyt. Konsumenci zauważą, że mają więcej pieniędzy i zaczną je wydawać. Najdalej w połowie przyszłego roku wszystko zacznie się stabilizować - ocenia.
Kryzys to też szansa dla PolskiŚwiatowy kryzys to może być wbrew pozorom idealny moment dla polskiej gospodarki. - Możemy zaprezentować się jako oaza spokoju i wymarzone miejsce dla inwestorów - mówi Janusz Grobicki, ekspert Centrum im. Adama Smitha. - Mamy wysokie stopy procentowe, które gwarantują zysk. Do tego złoty jest jedną z najsilniejszych walut na świecie. Mamy zdrowy system gospodarczy, który powinien być reklamowany - wylicz.
Większość analiz szacuje, że z kryzysu wyjdziemy po 2010 roku. W tym czasie Polska może zmniejszyć dystans i przybliżyć się do gospodarczych potęg. To wszystko zależy od możliwości i warunków jakie stworzą politycy. - Bogactwo nie bierze się z malwersacji i lewych zapisów księgowych tylko z ciężkiej pracy. A u nas jest jej w bród. Wystarczy Polakom pozwolić to wykorzystać - dodaje Grobicki.
Kryzys na rynku to szansa dla outsiderów na dołączenie do czołówki. Jednak wymaga to skutecznego i zdecydowanego działania państwa: - Rząd powinien wykazać się inicjatywą i wykorzystać unijne fundusze strukturalne. To może znacznie poprawić sytuację gospodarczą - mówi Maciej Krzak.
Czytaj także:
Reklamowali i przereklamowali