Źle rozwijają się te, gdzie państwowe regulacje zniekształcają rynek pracy, państwo zniechęca do przedsiębiorczości, a nagradza postawy bierne. Jest niedobrze, gdy społeczeństwo żyje na koszt przyszłych pokoleń - zadłuża się, odsuwając spłatę zobowiązań na daleką przyszłość. Dobrze, gdy państwo jest dyskretne, ale skuteczne w rolach, w których trudno je zastąpić - czuwa nad przestrzeganiem umów, chroni stabilność pieniądza, dba o stan dróg, wprowadza ułatwienia dla transportów przekraczających granice. Ważne jest też, by biurokracja była sprawna i nastawiona na wykonywanie funkcji, do jakich została powołana, a nie na utrzymanie i rozszerzenie swych uprawnień. By rozumiała, że pełni tylko służebną rolę wobec obywateli, że jej zadaniem jest ułatwiać, a nie utrudniać zakładanie firm i ich działalność. Krótko mówiąc - lepiej rozwijają się te kraje i te społeczeństwa, których rząd prowadzi dobrą politykę gospodarczą. Zagadką jest jednak to, dlaczego rządy jednych krajów potrafią przez lata prowadzić politykę sprzyjającą rozwojowi, a innych nie.
Najprościej różnicę tę byłoby tłumaczyć "naturalnymi" cechami narodowymi. Według stereotypowych wyobrażeń Niemcy są pracowici, a Japończycy zdyscyplinowani, więc ich rządom powinno być łatwiej prowadzić prorozwojową politykę gospodarczą. I rzeczywiście oba kraje i narody osiągnęły w swej historii zdumiewające wyniki gospodarcze i dziś są w ścisłej czołówce mocarstw gospodarczych. Ale z drugie strony oba kraje przeżywają od dłuższego czasu problemy.
Od lat podejmują nie do końca udane próby reform. Kończący swoje urzędowanie premier Junichiro Koizumi przeprowadził szereg zmian w polityce gospodarczej, ale reformy naruszały wiele interesów grupowych i dlatego spotkały się ze sprzeciwem wpływowych polityków i niechęcią wyborców.
Fiasko reform fiskalnych w Niemczech jest związane z mechanizmami niemieckiej demokracji. Trudne reformy wymagałyby trwałego zawieszenia broni i umówienia się, że gospodarka jest wyłączona ze sporów politycznych. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne.
W podobnej sytuacji jest wiele innych bogatych krajów europejskich, których rozwój jest hamowany nadmiernymi podatkami i wydatkami socjalnymi zniechęcającymi do bardziej efektywnej pracy. W kilku krajach trzeszczą systemy emerytalne i proste symulacje pokazują, że nie da się ich utrzymać w obecnym kształcie. Politycy jednak wolą sprawę odkładać, mając nadzieję, że za ich rządów nie zdarzy się kryzys.
A jednak kilku rządom udało się skutecznie poprawić warunki gospodarowania. Dwa najbardziej uderzające przykłady - Słowacji i Irlandii - dotyczą krajów pozostających przez lata na marginesie Europy, mających za sobą doświadczenie rządów populistycznych, które doprowadziły do ostrego kryzysu finansów publicznych i spowolnienia wzrostu gospodarczego. W obu krajach reformy udały się przede wszystkim dlatego, że duża część klasy politycznej uznała, że na dłuższą metę opłaci się ryzyko utraty popularności wśród wyborców (to jest zawsze pierwszym efektem reform), gdyż alternatywa - pogłębienie kryzysu gospodarczego i utrata nad nim kontroli - jest jeszcze bardziej ryzykowna. I w Irlandii, i na Słowacji partie porozumiały się, że nie będą przeciwko sobie "grały reformami" i utrzymają niezmieniony kurs gospodarczy przez dłuższy czas. W Irlandii udało się to lepiej, na Słowacji po ośmiu latach rządów reformatorskich do władzy doszli populiści.
Czas jest w reformach sprawą kluczową. W Irlandii minęło siedem lat od rozpoczęcia reform, nim pojawił się boom gospodarczy, który był oczywistym dowodem na to, że polityka gospodarcza była korzystna dla zwykłych wyborców. Mało gdzie jednak politycy chcą czekać tak długo i to tłumaczy, dlaczego reformy tak rzadko się udają.