W czwartek "Gazeta" opisała pomysły ministra skarbu Aleksandra Grada na ratowanie rządowego planu prywatyzacji przewidującego sprzedaż w latach 2008-11 kilkuset spółek za ponad 30 mld zł. Grad podtrzymuje założenie, by już w tym roku sprzedać spółki, głównie energetyczne, za łączną kwotę 12 mld zł. Aby tego dokonać, resort skarbu jest gotów obniżyć wycenę sprzedawanych spółek, choć nie radykalnie. Chce też zamiast przez giełdę sprzedawać spółki bezpośrednio prywatnym inwestorom.
Już w ubiegłym tygodniu pisałem, że zaraz rozlegnie się chór przeciwników takiej prywatyzacji. I nie myliłem się: jeszcze tego samego dnia w wysokie C uderzył prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. - Ten plan jest zaskakujący i można powiedzieć nawet bulwersujący, bo chodzi o pozbycie się wielkiej części majątku narodowego po niskiej cenie - stwierdził Kaczyński. W tej antyprywatyzacyjnej tyradzie wtórowali mu politycy SLD.
Jednak prezes PiS i jego polityczni sojusznicy się mylą. Oczywiście, że lepiej byłoby, gdyby prywatyzowano za rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR, w latach 2005-07, kiedy premierem był Kaczyński. Wtedy spółki skarbu państwa osiągały rekordowe wyceny. Niestety, ówczesny minister skarbu państwa Wojciech Jasiński nie sprywatyzował praktycznie nic. A przecież nie mógł (nie) działać bez wiedzy premiera.
Prywatyzować trzeba, bo spółki energetyczne, kopalnie, firmy chemiczne i inne instytucje potrzebują olbrzymich inwestycji, by przetrwać. Nie wiadomo, czy są w stanie pozyskać na nie pieniądze z giełdy, a nawet jeśli tak, to giełda nie da polskim elektrowniom know-how i dostępu do najnowocześniejszych technologii. A mieć je musimy nie tylko dlatego, że zaczyna nam brakować mocy, ale także dlatego, że od 2020 r. z całą mocą wejdą w życie unijne ograniczenia w emisji CO2. Stąd potrzeba większego otwarcia na inwestorów strategicznych.
Prywatyzować trzeba także dlatego, że budżet państwa jak kania dżdżu łaknie dodatkowych pieniędzy. 12 md zł dochodu z prywatyzacji zaplanowanych na ten rok to suma niebagatelna. I warto nieco obniżyć cenę aktywów, by uzyskać te pieniądze, bo bajkami o większych zyskach kiedyś, za dziesięć lat, za górami i za lasami nie opłacimy dziś nauczycieli, lekarzy i policji.
Zresztą nawet w czasie kryzysu mogą nas spotkać miłe niespodzianki prywatyzacyjne. Przed kilkoma dniami okazało się, że faworytem do przejęcia zakładów PZL Świdnik jest czeska firma AeroVodochody. Czechom tak zależało na Świdniku, że po prostu przelicytowali Włochów z AgustaWestland.
Jeśli komuś mało, to na dokładkę zacytujmy argumenty prof. Stanisława Gomułki, głównego ekonomisty BCC. Przypomnijmy, prof. Gomułka był wiceministrem finansów w rządzie Tuska, ale odszedł w atmosferze potężnego konfliktu z ministrem Jackiem Rostowskim. Jego propozycje nie są więc próbą ratowania kolegów z rządowych ław, ale - prawdopodobnie - trzeźwą oceną sytuacji. "Większe potrzeby budżetowe oraz zwiększone potrzeby restrukturyzacyjne wymagają nawet przyspieszenia prywatyzacji jako jednej z metod przeciwdziałania zagrożeniom recesyjnym" - pisze w opublikowanej w piątek analizie. "Wycena przedsiębiorstw musi być realistyczna, tj. taka, która stwarza popyt. W kluczowych sektorach, takich jak energetyka, ważne jest przyciągnięcie znaczących inwestorów branżowych. Ważniejsze od ceny są przyszłe inwestycje" - podkreśla. Gomułka jest dużo bardzo radykalny niż minister Grad, bo otwarcie proponuje pełną prywatyzację PKO BP, Grupy PZU, KGHM lub Orlenu, na co obecny minister skarbu zgodzić się nie chce. Na koniec składa bardzo kontrowersyjną propozycję. "W okresie spowolnienia gospodarczego inwestorzy zagraniczni do Polski raczej nie przyjdą z ofertami wysokich cen. Więc sprzedajmy akcje po niskich cenach polskim [otwartym] funduszom [emerytalnym]. Niech skorzystają na tym przyszli emeryci. Zamienimy w ten sposób konieczność na cnotę" - pisze.
W podobnym duchu wypowiada się Jarosław Bauc, były minister finansów. - Założenie, że może za dwa lata zyskamy lepszą cenę, jest absurdem. Uzyskane teraz środki z prywatyzacji można przeznaczyć na inwestycje publiczne dzisiaj, które akurat są o wiele tańsze niż w trakcie prosperity. A poza tym wcześniej będą służyć ludziom - mówił przed kilkoma dniami "Gazecie".
W 2007 r. ekonomiści fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju założonej przez prof. Leszka Balcerowicza policzyli koszty zaniechania prywatyzacji. "Gdyby rząd wykonał zakładany plan prywatyzacji, to w okresie 2006-07 potrzeby pożyczkowe państwa zmniejszyłyby się o ponad 5,1 mld zł. Potrzeby te nie są równoważone przez wpływy z podziału zysku przedsiębiorstw, w których państwo ma udziały. Większe potrzeby pożyczkowe oznaczają większe odsetki do zapłacenia za dług [liczone w miliardach złotych]. Zablokowanie prywatyzacji to także mniejsze wpływy podatkowe od bardziej zyskownych przedsiębiorstw prywatnych, jakimi byłyby sprywatyzowane przedsiębiorstwa" - czytamy w raporcie FOR.
Na tym nie koniec. "Przedsiębiorstwa państwowe nie mają tak silnych bodźców do efektownego inwestowania czy dbania o posiadane zasoby (pracowników, maszyny) jak firmy prywatne. Kadra zarządzająca tymi przedsiębiorstwami bardziej niż o zysk dba o interes partii politycznej, z której się wywodzi. W efekcie przedsiębiorstwa państwowe gorzej sobie radzą na rynku niż przedsiębiorstwa prywatne" - konkluduje FOR.
Co jeszcze można powiedzieć, żeby przekonać przeciwników prywatyzacji?
Źródło: Gazeta Wyborcza