http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czy PiS zagraża gospodarce?

Witold Gadomski
2006-03-19, ostatnia aktualizacja 2006-03-19 00:00

Gospodarka idzie nieźle, choć rozwijamy się najwolniej z nowych krajów unijnych. Za groźnymi wypowiedziami polityków na razie nie idą czyny. Ale pogróżki podkopują zaufanie do Polski

SONDAŻ
Polityka PiS...

... dzięki walce z układem korupcyjnym służy polskiej gospodarce
... przez atak na niezależne instytucje a także zasady własności zagraża gospodarce



Sygnały dotyczące stanu gospodarki są wciąż optymistyczne. W lutym produkcja przemysłowa była wyższa niż przed rokiem o 10,1 proc. To niejedyny dowód świadczący o tym, że jesteśmy na wznoszącej krzywej cyklu koniunkturalnego. Czyżby gospodarka była odporna na polityczne zawirowania? Do pewnego stopnia tak, ale polityki lekceważyć nie można, zwłaszcza w dłuższym okresie.

Zwykle mija ponad rok, nim gospodarka zaczyna reagować na zmianę polityki rządu. Warto też pamiętać, że 10-proc. wzrost produkcji przemysłowej przekłada się na 4-proc. wzrost PKB. To wynik niezły, ale nie jest powodem do entuzjazmu. Inne kraje naszego regionu, które weszły do Unii, rozwijają się szybciej.

Stabilny jest też złoty. Wprawdzie od początku marca nasza waluta straciła kilka procent, ale to nie dramat. W gruncie rzeczy inwestorzy spekulujący polską walutą i polskim długiem zachowują się nadspodziewanie spokojnie, jakby nie czytali gazet polskich i zagranicznych, w których coraz częściej pojawiają się obawy, że polski rząd radykalnie zmienia politykę gospodarczą i nie zamierza przestrzegać reguł uznawanych w Europie za niepodważalne - poszanowania niezależności banku centralnego, prywatnej własności i zobowiązań wynikających z traktatu europejskiego. Spekulanci zapewne zakładają, że awantury w Sejmie są tylko teatrem, a politycy są bardziej odpowiedzialni, niż wynika to z ich wystąpień. Sądzę, że mają rację.

Za groźnymi wystąpienia liderów PiS i ich koalicjantów - odnoszącymi się do sektora finansowego czy niezależności NBP - na razie nie idą czyny. Ale pogróżki, nawet jeśli rzucane wyłącznie dla celów gry politycznej, stopniowo podkopują zaufanie do Polski jako stabilnego państwa i odpowiedzialnego członka Unii Europejskiej. "Ostatni tydzień poświęciłem promocji Polski jako miejsca inwestycji, a teraz wygląda to tak, jakby wbito mi nóż w plecy" - powiedział agencji Reuters Roman Rewald, szef Amerykańskiej Izby Handlowej w Warszawie, oceniając działania polityków PiS przeciwko NBP.

Podczas debaty w "Gazecie" prezydencki minister Andrzej Urbański nazwał pakt PiS-Samoobrona-LPR "dopuszczeniem rebeliantów do stołu". Ich wykluczenie - zdaniem Urbańskiego - oznaczałoby, że system demokratyczny jest podkopywany i kwestionowany. Ale po kilku miesiącach funkcjonowania paktu PiS posługuje się coraz wyraźniej językiem "rebeliantów", a zwolennicy ładu rynkowego mają poczucie, że ich racje są przez układ rządzący pomijane.

Jeżeli ten język jest tylko elementem gry politycznej PiS, to i tak będzie miał negatywne konsekwencje dla stanu świadomości społeczeństwa i przyzwolenia dla dalszej modernizacji Polski. Co jednak, jeśli jest zapowiedzią radykalnego zwrotu w polityce gospodarczej? Wówczas możemy znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości - na marginesie Unii Europejskiej i krajów prowadzących otwartą gospodarkę rynkową. Sądzę, że ta druga możliwość jest wciąż niewielka, ale nie można już jej wykluczyć.

Polska to nie Włochy

Obiegowa mądrość głosi, że Polska upodabnia się do Włoch, które doskonale się rozwijały mimo niestabilnych rządów i niesprawnego państwa. Gospodarka jest coraz mniej zależna od polityki - z triumfem obwieszczają komentatorzy biznesowi, którzy jednocześnie wyrażają obrzydzenie dla stanu polskiej polityki.

Obiegowe mądrości nie zawsze trafiają w sedno. Włochy po II wojnie światowej miały normalną gospodarkę rynkową opartą na firmach prywatnych, sprawne instytucje finansowe i wystarczające zasoby kapitału. Gospodarka była mniej zależna od polityki - co wcale nie znaczy, że od niej wolna. W latach 90. średnie tempo wzrostu Włoch spadło do 1,4 proc., a podatnicy obciążeni byli ogromnymi kosztami spłaty długu publicznego - największego w Europie. To był skutek złej polityki, która w końcu zaszkodziła prężnej gospodarce włoskiej.

Polska nie ma tych atutów, co Włosi, a w dodatku nie dokończyła transformacji ustrojowej. Nas na złą politykę stać w jeszcze mniejszym stopniu niż Włochów.

W Polsce wciąż w rękach państwa jest dużo większa część gospodarki niż w krajach rozwiniętych. Niemal całkowicie państwowe są spółki węglowe i energetyczne, zdominowane przez państwo są spółki paliwowe, przesył gazu, PKP, LOT, duża część sektora bankowego, giełda papierów wartościowych, najbogatsza spółka surowcowa KGHM. Władze wielu spółek kontrolowanych przez państwo zmieniają się w rytm zmian politycznych. Instytucje regulacyjne, mające wielki wpływ na funkcjonowanie banków, funduszy emerytalnych, telekomunikacji, energetyki, mediów elektronicznych, mają krótką historię. Jeszcze nie okrzepły i są podatne na wpływy polityków. Od ich decyzji zależy los firm państwowych i prywatnych.

Wreszcie od polityki zależy jakość prawa gospodarczego i stan finansów publicznych. To politycy mogą poprawić elastyczność rynku pracy, wycofać biurokratyczne przepisy, obniżyć wydatki publiczne i podatki. Jeśli tego nie uczynią, gospodarka będzie się rozwijała coraz wolniej, a duża część potencjalnych zasobów nie będzie wykorzystana, co oznacza wysokie bezrobocie.

Zamach na prawo własności

Sposób rozgrywania konfliktu z UniCredito pokazuje, że obecny układ rządowy gotów jest znacznie wykroczyć poza granice, w ramach których poruszały się poprzednie ekipy - aż po zakwestionowanie praw własności. Przecież oba banki: Pekao SA i BPH SA, które mają się połączyć, są prywatne, a ich większościowymi właścicielami są Włosi. Ten oczywisty fakt zupełnie umknął posłom rządzącej koalicji, którzy wzywali rząd do szybkiej zmiany prawa, tak by zabronić UniCredito wykonywania praw własności z posiadanych akcji.

Praworządne państwo może ograniczyć prawa właściciela tylko w szczególnych sytuacjach - np. podczas katastrof żywiołowych lub wojen. Może też nałożyć na właściciela rozmaite ograniczenia (np. związane z ochroną środowiska), ale muszą one wynikać z prawa, a nie z dowolnej interpretacji urzędnika. Prawo unijne i polskie pozwala na ograniczenie fuzji i przejęć dokonywanych przez banki, jeżeli grozi to nadmierną koncentracją rynku lub niestabilnością systemu bankowego. W obu sprawach mogą się wypowiadać jedynie kompetentne instytucje - Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisja Nadzoru Bankowego.

Politycy PiS w publicznej debacie o fuzji bankowej posługują się pojęciem "interesu narodowego", który ma być nadrzędny nad prawami własności. "Bardzo duża część opinii publicznej uważa, że w interesie Polski jest to, żeby nie powstawały nadmiernie dominujące rynek podmioty finansowe" - mówi Marek Jurek, marszałek Sejmu. Jego zdaniem UniCredito, właściciel obu banków, nie ma do nich praw, gdyż opinia publiczna sądzi, że byłoby to sprzeczne z interesem narodowym. Rozumując w ten sposób, łatwo można przekreślić wszelkie prawa pod pretekstem nadrzędności "interesu narodowego".

Prywatyzacja czy renacjonalizacja?

Bez planowanych na ten rok 5 mld zł wpływów z prywatyzacji minister finansów Zyta Gilowska będzie miała potężne kłopoty z zamknięciem budżetu. Nie ona jedna. Tymczasem od jesieni zeszłego roku prywatyzacja jest niemal całkowicie wstrzymana. Podczas debaty sejmowej o bankach posłowie PiS stawiali znak równości między prywatyzacją a przestępstwem. Politycy PiS przebąkują coraz częściej o renacjonalizacji. Paweł Poncyljusz, od niedawna wiceminister gospodarki, z żalem zauważył, że "rządu nie stać na odkupienie Polskich Hut Stali od Mittal Steel Poland".

Poncyljusz - absolwent średniej szkoły ekonomicznej, którego doświadczenia w zarządzaniu gospodarką są bliżej nieznane - chyba nie zdaje sobie sprawy, jak trudne zadania stoją przed jego resortem. 2 marca Komisja Europejska poinformowała polski rząd o wszczęciu formalnego dochodzenia w sprawie kontraktów długoterminowych w energetyce. Istnieje groźba, że elektrownie będą musiały zwrócić ok. 7 mld zł, które Komisja Europejska uznaje za nieprawnie przyznaną im pomoc publiczną. Ministerstwo Gospodarki dopiero pracuje nad rozwiązaniem tego problemu, którego elementem będzie prywatyzacja niektórych koncernów energetycznych. Inwestorzy kupowaliby elektrownie, godząc się jednocześnie na anulowanie dawnych umów długoterminowych. Czy jednak można sobie wyobrazić, że obecna ekipa rządowa zdecyduje się na prywatyzację wielkiego koncernu energetycznego? Zresztą gdyby nawet do tego doszło, inwestor zapewne wkalkuluje w cenę ryzyko prawdopodobnego sporu prawnego z rządem polskim.

Bez prywatyzacji nie da się prowadzić dalszej naprawy górnictwa węgla, kolei i linii lotniczych - a to oznacza permanentny kryzys w tych branżach. Tymczasem, jak stwierdził wiceminister skarbu Paweł Szałamacha, prywatyzacja Kompanii Węglowej została wstrzymana na osobiste życzenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

W zeszłym roku napłynęło do Polski 7 mld euro inwestycji bezpośrednich. To niewiele jak na 40-milionowy na kraj będący członkiem Unii Europejskiej. W interesie Polski leży, by ten strumień był coraz szerzy, by inwestorzy czuli, że są w Polsce mile widziani. Wypowiedzi polityków PiS, którzy uważają kapitał zagraniczny za zagrożenie dla "interesu narodowego", na pewno temu nie służą. Można powiedzieć - to tylko słowa, które mniej ważą niż twarde fakty, choćby takie jak członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Ale awantury polskiego rządu z zagranicznymi korporacjami są szeroko opisywane w opiniotwórczej prasie, na czele z "Financial Times". Opinia o nieprzychylnym klimacie dla zagranicznego kapitału będzie miała wpływ na wielkość inwestycji i warunki, na jakich inwestorzy zgodzą się przyjść do Polski.

Awantura za awanturą

Rząd świadomie lub poprzez zaniechanie wchodzi w kolejne spory z Unią Europejską. Wspierający go układ PiS-Samoobrona-LPR nie przejawia żadnych skłonności do kompromisu ani wobec opozycji, ani rozmaitych środowisk zawodowych i niezależnych ciał, ani instytucji i inwestorów zagranicznych. Ta niezdolność do kompromisu sprawia, że rząd grzęźnie w kolejnych sporach.

W zeszłym roku Polska przegrała przed sądem arbitrażowym w Londynie spór z Eureko w sprawie PZU. Rząd nie zamierza załagodzić konfliktu. Ministerstwo Skarbu Państwa złożyło skargę na wyrok i spokojnie czeka, co będzie dalej. Wcześniej czy później przyjdzie rachunek, którzy zapłacą podatnicy.

Komisja Europejska ostrzegła Polskę przed konsekwencjami zbyt wysokiego deficytu budżetowego, przez co możemy stracić w następnych latach część funduszy unijnych. Premier odpowiada, że racja jest po naszej stronie, a Eurostat (unijny GUS) powinien zmienić metodę liczenia polskiego deficytu. Nic nie wskazuje, by Eurostat przejął się słowami premiera. Nie ma też jednak żadnych sygnałów, by Ministerstwo Finansów zaczęło pracować nad obniżeniem deficytu w najbliższych latach.

Europejski Bank Centralny ogłosił w zeszłym tygodniu, że projekt ustawy o nadzorze bankowym w Polsce, pozbawiający NBP wielu instrumentów, stanowi zagrożenie dla wejścia Polski do strefy euro. Prezes EBC Jean-Claude Trichet podkreślił, iż zasada niezależności banku centralnego jest "niezwykłej wagi". Rząd jednak lekceważy te opinie, gdyż i tak nie ma zamiaru wprowadzać Polski do strefy euro. Tak więc złoty jeszcze przez wiele lat będzie przedmiotem spekulacji, a polscy przedsiębiorcy muszą się liczyć z mocnymi wahaniami kursu naszego pieniądza w górę lub w dół.

Wchodzimy też w konflikt z całą strukturą UE. Karl-Heinz Grasser, minister finansów Austrii (która sprawuje obecnie prezydencję w Unii), oznajmił, że działania polskiego rządu nie mają nic wspólnego z europejską dojrzałością. W takiej atmosferze trudno będzie budować w Unii sojusze dla poparcia polskiego punktu widzenia w wielu szczegółowych kwestiach. Tym samym zmaleją korzyści, jakie odniesiemy z członkostwa w UE.

Uprzedzając działania Komisji Europejskiej w sprawie fuzji bankowej, rząd skierował pozew do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, zaskarżając zgodę Komisji na połączenie UniCredito z niemieckim HVB. Nie ma żadnych szans na wygranie tego sporu, tym bardziej że Trybunał wiele razy piętnował działania rządów, które sprzeciwiały się fuzjom bankowym. Poniesiemy tylko koszty postępowania sądowego, a być może również koszty odszkodowania dla włoskiego inwestora. Wcześniej czy później nastąpi moment, gdy Trybunał Sprawiedliwości zażąda od Polski zmiany stanowiska.

Co wówczas zrobi rząd? Czy podporządkuje się decyzji, czy też uzna, że polskie prawo i polski "interes narodowy" mają pierwszeństwo nad prawem unijnym? To drugie oznaczałoby w praktyce rozstanie się z Unią Europejską. Jeszcze niedawno taki scenariusz wydawał się nie do pomyślenia. Dziś, po kilku miesiącach rządów PiS, niczego już nie można wykluczyć.

  • 81 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Szukaj pracy

praca