Tomek jest menedżerem w General Motors. Razem z narzeczoną chciał pożyczyć 450 tys. zł na kupno domu. Pani w banku zapewniała, że z kredytem nie będzie problemu, bo jest świetnym klientem. Młody, pracuje w dużej firmie, dobrze zarabia. - Zdolność kredytowa 700 tys. złotych - powiedziała, klepiąc go po ramieniu.
Potem jednak sytuacja zaczęła się komplikować. Najpierw Tomek usłyszał, że dobrze by było, gdyby przyspieszył termin ślubu. Singiel jest mniej wiarygodny dla banku. Zgodził się. Ale gdy podpisał umowę przedwstępną, dowiedział się, że z pieniędzy nici. - Pracuje pan w zbyt ryzykownej branży - usłyszał. I jeszcze szeptem: -Motoryzacja jest u nas na czarnej liście...
To, że niektóre banki tworzą czarne listy branż, jest tajemnicą poliszynela. Przedstawiciele banków potwierdzają ich istnienie, ale dopiero po obietnicy, że nie podamy ani ich nazwisk, ani nazw banków, w których pracują.
Bankowcy przyznają, że takie postępowanie jest rodzajem dyskryminacji. - Teoretycznie nie możemy nikomu odmawiać kredytu ze względu na branżę, w której pracuje - mówi przedstawicielka banku, który do niedawna był jednym z liderów rynku
kredytów hipotecznych.
Dlatego czarne listy nie są na piśmie, to ustne rekomendacje działów ryzyka zajmujących się oceną, czy ktoś kredyt spłaci, czy nie. - W praktyce już od dawna niechętnie pożyczamy pieniądze osobom pracującym w sektorach, które przechodzą restrukturyzację, np. górnikom i stoczniowcom - dodaje. Teraz na czarnych listach umieszcza się kolejne sektory, które niedługo może dotknąć bezrobocie i cięcia płac.
Motoryzacja trafiła tam dlatego, że sprzedaż nowych aut w Europie spadła w ubiegłym roku o ok. 25 proc. Opór kredytowy napotykają też pracownicy branży transportowej (według GUS w pierwszym kwartale koleją przewieziono o prawie jedną piątą mniej ładunków), zatrudnieni w budownictwie (bo ludzie nie kupują mieszkań) oraz w reklamie i mediach (bo szukając oszczędności, przedsiębiorstwa tną wydatki reklamowe).
Na czarnej liście banków są - o ironio! - same banki. Przekonała się o tym pani Ewa,
doradca bankowy, która po kilku miesiącach znalazła wreszcie mieszkanie na warszawskim Bemowie. Uznała, że nie ma co dłużej czekać - cena w porównaniu z jesienią niższa o 20 proc. Do załatwienia pozostał kredyt. Nie spodziewała się trudności. Od pięciu lat pracuje w giełdowym banku, ma umowę na czas nieokreślony, zarabia - zależnie od miesiąca - od 3 do 5 tys. zł. Mimo to od doradcy finansowego usłyszała, że wszystkie banki, do których wysłali wnioski kredytowe, odpowiedziały "nie". Powód? Zła sytuacja branży. Według Komisji Nadzoru Finansowego na koniec marca w sektorze finansowym pracowało ponad 180 tys. osób. Analitycy sektora bankowego szacują, że 10 proc. z nich może w tym roku stracić pracę. A ci bankowcy, którzy zachowają posady, będą zarabiać mniej.
Zgodnie z obowiązującym w branży finansowej systemem wynagrodzeń dużą część pensji stanowi premia uzależniona od wyników. Zasada jest prosta: im więcej bank zarobi, tym więcej zarobią pracownicy. Tymczasem już w pierwszym kwartale zyski banków spadły o połowę. O premiach więc trzeba będzie zapomnieć.
Komisja Nadzoru Finansowego nie ma zamiaru interweniować w sprawie czarnych list. - Bank nie ma obowiązku udzielania kredytu - tłumaczy Marta Chmielewska-Racławska, rzeczniczka pionu bankowego w KNF. - Zawsze musi sprawdzić zdolność kredytową i to, czy klient daje gwarancję spłaty zadłużenia. Instytucja finansowa może np. założyć w swojej strategii, że nie będzie finansować konkretnego rodzaju działalności gospodarczej z powodu zbyt wysokiego ryzyka.