Kasjerka w hipermarkecie dobrze zarabia?
- 1-1,1 tys. zł. Z premią. Jak za te pieniądze utrzymać rodzinę? Powinna dostawać 1,5 -1,7 tys. na rękę.
Dlaczego powinna?
- Koszty utrzymania są tak duże. A PKB wzrasta, podzielmy się z pracownikami zyskiem.
Nikt nikomu nie każe pracować w sklepie. A PKB za rok może spaść.
- Ale niektóre osoby chcą być sprzedawcami. A za ciężką pracę powinno być odpowiednie wynagrodzenie. Kasjerka przychodzi godzinę albo dwie przed otwarciem sklepu. Przebiera się, sprząta kasę, siada i kasuje. Przez osiem godzin przerzuca kilka ton. Ciężkie zgrzewki napoi pod czytnik trzeba podstawić. Opakowania proszków. Wszystko w pozycji wymuszonej, nienaturalnej. Kobiety mają zwyrodnienia kręgosłupa od dźwigania.
A opryskliwy, chamski sprzedawca? Też powinien tyle zarabiać?
- Nie spotykam opryskliwych sprzedawców.
Pan żartuje.
- Jeśli pracownik bywa niegrzeczny, to zazwyczaj jest to uzasadnione. Np. w Lidlu jest stoisko z alkoholem, trzeba zadzwonić dzwonkiem po sprzedawcę. Jeśli nie podchodzi, to lecą epitety, że się obija. A on po prostu bywa zajęty. Jest dużo niemiłych klientów, którzy wyżywają się na pracownikach sklepów, czepiają się. A nie mają racji.
Klient nie ma racji, oczekując szybkiej i kulturalnej obsługi?
- Powinien rozumieć pracownika. W hipermarketach jeszcze nie jest źle, ale w dyskontach, takim Lidlu czy Biedronce, pracownik musi zrobić wszystko. Sprząta podłogi, a jak się klient zjawi, to biegiem do kasy. Skończy z kasą, to leci wyładować paleciak. W ciągu 45 minut, bo taka jest norma. Jak nie wyładuje - kierownicy krzyczą. Nie ma kiedy śniadania zjeść. Menedżerowie trzymają pracowników brutalnie i krótko.
Co znaczy: krótko?
- Do niedawna pracownicy bali się pójść do toalety, żeby nie byli posądzani, że palą czy się obijają.
Kasjerki w pampersie?
- Kasjerka w pampersie jest przereklamowana przez media. Ja nie spotkałem takiego przypadku. Ale jak stoi kobieta sama na kasie w stoisku, to nigdzie nie może iść. Odpowiada za pieniądze. I ma kolejkę klientów. Co, ma stanąć przed nimi i powiedzieć: "Przepraszam, wychodzę na pięć minut"? Ludzie by ją zwyzywali.
Konkurencja? Im jej mniej, tym lepiej
Żeby zatem pracownikom żyło się lepiej, trzeba...
- ...poprawić warunki płacy i pracy.
Część związkowców apeluje o ograniczanie budowy nowych hipermarketów. Pan też.
- Ograniczenie budowy dużych sklepów to nie jest nasz priorytet. Ale fakt, że walka o klienta przynosi mnóstwo złych rzeczy. Markety obniżają ceny towarów, jak tylko mogą. Tyle że hasła: "Codziennie niskie ceny" czy "Sklep jest tani" mają swoją cenę - to wszystko dzieje się kosztem pracownika, jego zarobków. Zatem im mniejsza konkurencja w handlu, tym lepiej dla pracownika.
I tym gorzej dla konsumenta. A pracownicy sklepów po ośmiu godzinach kończą pracę i na resztę doby zmieniają się w konsumentów, którzy chcą mieć duży wybór sklepów i chcą kupować jak najtaniej.
- To płytka logika, nadmiernie upraszcza sprawę.
Dlaczego?
- No wiadomo, że najtaniej jest w największych sklepach. Ludzie tam kupują i nie wiedzą, że nakręcają koniunkturę Francuzom, Anglikom i innym właścicielom wielkich sieci handlowych. Proszę mi pokazać kraj, w którym są wszystkie duże sieci europejskie. W Polsce tak jest!
Część sieci już się wycofała.
- Niemcy czy Francuzi na inwazję zagranicznego kapitału sobie nie pozwalają. W Niemczech nie ma np. Tesco czy Carrefoura. Albo jakiejś Biedronki. A i tak w niemieckich dyskontach bywa nawet taniej niż w Polsce. Owoce są tańsze, słodycze, elektronika.
Pan nie lubi zagranicznego kapitału.
- Zagraniczne sieci transferują zyski za granicę.
Nie wywożą. Budują po prostu kolejne sklepy w Polsce.
- Właśnie! A jedno miejsce pracy w hipermarkecie powoduje likwidację nawet ośmiu miejsc pracy w otoczeniu.
Umie pan to udowodnić?
- Były takie wyliczenia we Francji. Małe sklepiki nie wytrzymują konkurencji. A właściciel sklepiku utrzymuje ze swej pracy całą rodzinę. Jego bankructwo to katastrofa.
Na skraju warszawskiego Ursynowa jest wielki hipermarket czynny non stop, drogi bazarek z żywnością, sklep slow food, dwie Żabki i co najmniej 20 prywatnych sklepów spożywczych. Wszystkie działają obok siebie i świetnie sobie radzą. Ludzie kupują, gdzie chcą, kiedy chcą i co chcą. Sklepikarze się bogacą.
- Ale to nie jest reprezentatywna dzielnica. Warszawa nie jest reprezentatywna. W innych miastach duże sieci wypierają drobny handel.
Informacja z waszej strony internetowej: liczba sklepów w Polsce w ubiegłym roku spadła ze 115 do 112 tys. Zaledwie o 3 tys. w skali kraju.
- Małych sklepów ubywa systematycznie. A związki są po to, aby dbać o prawa małych i słabych. Historia takich bojów jest długa. W Stanach Zjednoczonych na przykład.
W Stanach zwykle nikt nie reguluje, kiedy kto ma otwierać swój własny sklep.
- Ale to jest inny kontynent. Lepiej wróćmy do Europy, żyjemy w tej kulturze.
Dużo rąk do pracy - źle. Mało? Też źle
Myśli pan, że klient, wchodząc do sklepu, zastanawia się, czy pracownik jest tu wykorzystywany, czy nie?
- Trzeba go uświadamiać. Niemiecki związek pracowników usług ver.di dzwoni do klientów i opowiada, jak się traktuje pracowników w Lidlu. Chce zniechęcić ludzi do Lidla. Zrobiliśmy w grudniu podobną akcję w Słubicach.
Jak?
- Poszliśmy do Biedronki, a później do Lidla. Staliśmy z flagami, wznosiliśmy okrzyki, rozdawaliśmy ulotki. Wkrótce "Solidarność" będzie robić takie same akcje jak ver.di. Przekonamy ludzi, żeby przez tydzień albo dwa nie chodzili do dyskontów.
Dziś ekspedienci czy kasjerzy nie są skazani na dyskonty czy hipermarkety. Mogą przebierać w ofertach pracy.
- No tak, w sklepach brakuje teraz 30 proc. obsady. Kiedyś było sześć osób na dziale. Później zmniejszono obsadę do czterech. Teraz na tym samym dziale robi jedna osoba. Byłem niedawno w markecie, chciałem zobaczyć torbę podróżną. Patrzę - nie ma metki. Poszedłem do informacji i słyszę: pracownika stoiska dzisiaj nie ma, będzie jutro po południu, bo ma drugą zmianę. A nikt inny się na tym nie zna. Niedobór rąk do pracy powoduje, że ludzie muszą pracować ponad normę.
To śmieszne. Jeśli byłoby duże bezrobocie, to wyrzekałby pan, że pracodawcy na tym żerują. A jak jest niedobór rąk do pracy, to też źle?
- Moment jest korzystny, tylko pracownicy nie umieją tego jeszcze wykorzystać.
To kiedy będzie dobrze?
- Jak zaczną się organizować, podejmować akcje protestacyjne. Kiedy wstąpią do związków.
Lepsze od związków byłyby sprawnie działające sądy. Jeżeli pracodawca nie wywiązuje się z umowy, nie płaci, narzuca dodatkowe obowiązki - pracownik idzie do sądu, ten szybko wydaje orzeczenie, załatwione.
- Dla większości osób sąd to ostateczność. Potem taki pracownik jest już traktowany jak czarna owca. Lepiej te rzeczy rozstrzygać ze związkami.
A ile osób z handlu jest w związkach?
- 70-80 tys.
Na ilu pracujących?
- Na milion.
To mało.
Mało. Bo sieci handlowe mają szpicli. Kadrę kierowniczą. Ochroniarzy. Jak jest sygnał, że ktoś chce założyć związek, to namierzają te osoby i próbują się ich pozbyć.
Często tak jest?
- Ostatnio były w Selgrosie takie przypadki, w Media Markcie też. Najbardziej aktywnego związkowca wywalali na początek. A później pozostałą dziewiątkę, bo do założenia związku potrzeba 10 osób. W Lidlu i średnich prywatnych sklepach nikt nie chce ze związkami rozmawiać.
Ale po falach protestów w marcu i kwietniu jest lepiej. Część sieci zaczęła konkretnie ze związkami rozmawiać. Np. Biedronka. W hipermarketach jest już całkiem dobrze.
Teraz w Polsce to pracownicy rozmawiają z pracodawcą z pozycji siły. W Tesco, w Realu.
- Pracownicy handlu przełamali strach. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy kampanię "Niskie wynagrodzenia barierą rozwoju dla Polski", żądając wyższych pensji. Żądaliśmy przyspieszenia prac nad ustawą zakazującą handlu w święta. W Boże Ciało zorganizowaliśmy strajk włoski. Kasjerki nie używały czytników kodów, tylko nabijały towar ręcznie. Oglądały każdy produkt, informowały ludzi, co zawiera np. jogurt, pakowały jak najdłużej. Wszystko po to, aby robiły się kolejki.
Jak rzuciłem ten pomysł, to wcale nie byłem przekonany, że się uda. A fala strajków była duża. Nawet małe sklepy się przyłączały. Pracowników mobilizowali sami klienci. Mówili: "Co, dzisiaj jest wasz dzień i nie strajkujecie?".
Klienci się dziwili, że sprzedawcy nie strajkują? A co sami robili wtedy w sklepie?
- Tłumaczyli się, że jak będzie zamknięte, to nie przyjdą.
Po co mają przyjść, jak będzie zamknięte? Teraz w święta sklepy są zamknięte, więc ludzie chodzą po zakupy na stacje benzynowe. Takie absurdy rodzi urzędnicza ingerencja w rynek.
- Sklepy na stacjach benzynowych powinny być otwarte. Jako wyjątek.
Niby dlaczego pracownicy ze stacji mają pracować w święta, skoro inni nie muszą?
- Nie da się wszystkiego ograniczyć. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność.
Niemcy kupują w Polsce. Wstyd
Chce pan wprowadzać zakaz handlu w niedzielę wzorem Niemiec, a berlińczycy od tego odchodzą.
- A dlaczego odchodzą? Z Berlina jest blisko do granicy a u nas jest taniej, sklepy są długo czynne i otwarte w niedzielę. I Niemcy jeżdżą na duże zakupy do hipermarketów w Polsce. Do tego dochodzi!
Świetna sprawa. Wygrywamy konkurencję o klienta z niemieckimi sklepami.
- Świetna sprawa? Niemcy już 15 lat temu nas prosili, żebyśmy coś z tym zrobili. Bo te obyczaje się do nich przeniosą. To byłby regres, wstyd.
Kilkanaście lat temu ludziom przyjeżdżającym do Polski z zachodniej Europy imponowała nasza wolność handlu. Można było wszędzie, w każdy dzień i o każdej porze znaleźć czynny sklepik i kupić, co trzeba. Administracyjnie pozamykane sklepy w Unii kojarzyły się z tępą biurokracją.
- Ta wolność handlu miała cenę. Płacili ją pracownicy tych sklepików.
Chwileczkę - czy ktoś im kazał w nich pracować?
- Na tej zasadzie możemy dojść do tego, że niedziela stanie się normalnym dniem roboczym. Nie zgadzam się. W Niemczech sklepy są zamknięte już od soboty po południu.
To dlaczego nie zamykać ich już w piątki?
- Ale my do handlu w soboty nic nie mamy. Przynajmniej na razie - oczywiście żartuję. Nawet w niedzielę można na początku np. ograniczyć godziny otwarcia sklepów do 13. Kasjerka i tak jeszcze musi posprzątać sklep, ale powiedzmy, że o 15 będzie w domu. Zdąży na obiad z rodziną, na spacer. A później wyłączalibyśmy z handlu jedną niedzielę w miesiącu całkowicie. Później drugą. Tak jak za Gierka było z sobotami.
A klienci?
- Dwa lata temu w badaniach tylko 25 proc. respondentów odpowiadało, że chce, by w niedzielę sklepy były zamknięte. Teraz uważa tak już połowa. A 60 proc. mówi, że sklepy powinny być zamknięte przynajmniej w święta. Społeczeństwo nas popiera.
Społeczeństwo głosuje nogami i pieniędzmi. Zostawmy ludziom wybór, gdzie i kiedy chcą kupować. Niech pan nie decyduje za nich.
- Ingerencja musi być, bo żyjemy w systemie nakazów i zakazów. Mamy np. kodeks karny czy drogowy. Handlem też muszą rządzić porządne reguły jak w Europie Zachodniej. Nie można mylić wolnego rynku z wolnoamerykanką.
Czyli ma być rynek niby-wolny, ale sterowany?
- Wolę określenie "uregulowany".
Źródło: Gazeta Wyborcza