Chodzi o gorącą ostatnią kwestię technologii DRM (Digital Rights Management), czyli systemów ograniczających możliwości kopiowania plików. Wytwórnie zabezpieczają nimi utwory sprzedawane w internecie, chcąc ograniczyć piractwo. Dotąd żadna z czterech wytwórni - Universal, Warner, SonyBMG i EMI - nie zdecydowała się, poza pojedynczymi eksperymentami, na zdjęcie DRM ze swoich utworów. Ale użytkownicy coraz głośniej skarżą się, że pozbawia się ich w ten sposób prawa do swobodnego korzystania z legalnie nabytej muzyki - bo producenci sprzętu i dystrybutorzy cyfrowych plików stosują różne systemy DRM, co sprawia, że np. piosenek kupionych w e-sklepie iTunes można słuchać tylko na iPodach, a kupionych w sklepie Sony Connect - tylko na sprzęcie wyprodukowanym przez Sony. W tym tygodniu za rezygnacją z DRM opowiedział się Steve Jobs, szef Apple, producenta iPodów i właściciela iTunes, największego e-sklepu z cyfrową muzyką.
Być może EMI będzie pierwszą wytwórnią, która ugnie się pod presją - jak donosi agencja Reuters, powołując się na anonimowe źródła, przedstawiciele koncernu rozmawiali już ze sklepami internetowymi na temat sprzedaży niezabezpieczonych plików. Ale w zamian za takie prawo zażądali, by e-sklepy zapłaciły z góry całkiem sporą sumkę.
Inne źródła agencji twierdzą, że EMI udostępni niezabezpieczone pliki swoich artystów w serwisie społecznościowym MySpace.com. Ani EMI, ani MySpace nie chciało jednak komentować tych doniesień.
Rzeczniczka wytwórni przypomniała jedynie, że EMI eksperymentowało już z plikami MP3 wolnymi od wszelkich zabezpieczeń (tak sprzedawano m.in. piosenki Norah Jones i Lily Allen). - Byliśmy zadowoleni z rezultatów akcji - dodała.
Źródło: Gazeta Wyborcza