Wszystko zaczęło się od niezrozumienia dyrektywy unijnej 2004/24/EC dotyczącej sprzedaży ziół i wprowadzającej obostrzenia w przypadku niektórych z nich. W internecie pisano protesty, spekulowano, kiedy wprowadzony zostanie zakaz sprzedaży rumianku. Tysiące ludzi obawiało się o dostęp do naturalnych form leczenia.
Mięta bez zmian
W dyrektywie unijnej znajduje się zapis, który na sprzedających zioła nakłada obowiązek zarejestrowania ich po uprzednim przeprowadzeniu szczegółowych analiz i badań, dokładnie takich, jakim poddawane są leki wchodzące na rynek. Koszt badania jednego produktu - ok. 500 tys. zł. Wstrząsnęło to wielbicielami ziół, ponieważ wyobrazili sobie, że na końcu to przecież oni będą płacić za badania. Czy cena mięty wzrośnie? Nic się takiego nie stanie.
Dyrektywa zawiera bowiem także zapis, że nowe regulacje nie dotyczą "ziół wykorzystywanych jako tradycyjny produkt leczniczy". Oznacza to tyle, że w kulturze europejskiej jest mnóstwo ziół z potwierdzoną badaniami klinicznymi skutecznością, które nie potrzebują żadnej dodatkowej rejestracji.
- Na naszą produkcję ta dyrektywa nie ma żadnego wpływu - mówi Jacek Sim, rzecznik prasowy Herbapolu. - Otrzymuję natomiast w ostatnim czasie dużą liczbę telefonów zaniepokojonych klientów oraz sklepów, czy coś się zmieni, czy cena wzrośnie, ale wszystko zostaje tak, jak jest, nie ma co siać paniki - uspokaja.
Kogo dotknie ziołowa dyrektywa?
Spokój przedstawiciela Herbapolu nie zmienia tego, że dyrektywa zrewolucjonizuje część rynku. Zapisy, które nakazują rejestrację ziół, uderzą przede wszystkim w małych dystrybutorów sprowadzających produkty np. z Ameryki Południowej, które są sprzedawane poza sklepami, np. na aukcjach internetowych. Kłopoty mogą mieć także dystrybutorzy produktów chińskiej medycyny naturalnej. Większość z nich sprzedaje się w tzw. systemie MLM. To sprzedaż bezpośrednia polegająca na handlu obnośnym, zazwyczaj po raczej wysokich cenach.
- Te - nazwijmy to - garażowe firmy, jeśli faktycznie będą chciały sprowadzać i produkować leki na bazie ziół zupełnie nieznanych w Europie, będą musiały się zarejestrować, ale my nie posiadamy ani jednego produktu, który nie mieściłby się w kategorii tradycyjnego leczenia - mówi Jacek Sim.
Czytanie ze zrozumieniem
Sprawy związane z regulacją rynku Unii Europejskiej budzą zawsze ogromne emocje. Często wynika to z tego, że nie wszyscy dyrektywy czytamy, a jeśli już czytamy, to nie zawsze je rozumiemy. Informacje większość ludzi dostaje pocztą pantoflową, często jeszcze w trakcie prac legislacyjnych - tłumaczy dr Marta Sendrowicz, specjalizująca się w prawie UE. - Często wynikają z tego nieporozumienia. W ziołowej dyrektywie, która jeszcze przed wejściem w życie zdążyła poruszyć tłumy zielarzy, nie ma nic kontrowersyjnego. Wszystkie ziółka, których powszechnie używamy, są legalne i nie znikną nagle z rynku. Skończy się za to nabijanie klientów butelkę magicznymi ziółkami z Peru, Chile, Boliwii i innych tajemniczych stron świata.