http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jaki biznes po powodzi. Gdy zeszła woda, zrobił się Dziki Zachód

Paweł Piotr Reszka, Karol Adamaszek
2011-02-28, ostatnia aktualizacja 2011-02-27 20:29

Firmy, nie wiadomo skąd zaczęły walić do nas, do Wilkowa, drzwiami i oknami. Połowa robiła na czarno, bez faktur, rachunków


Przetrwali kataklizm dzięki wybiegowi. 700 ton jabłek w silosach zgniło, kwas zniszczył betonowe podłoże, woda wdarła się do zakładu, gdy przy taśmach stali jeszcze ludzie, w oczyszczalni ścieków, najnowocześniejszej we wschodniej Polsce, z kulturą specjalnie wyhodowanych bakterii pływał dywan martwych dżdżownic.

- I wbrew wszystkiemu się nam udało - mówi Piotr Trojanowicz, prezes Sokpol- Koncentraty. - Zagraliśmy va banque i nie wypadliśmy z gry.

Szybki koniec raju

W Zagłobie, wsi w gminie Wilków na Lubelszczyźnie, stoją jeszcze stare hale fabryczne. Na początku XX wieku wybudował je Jan Kleniewski. Ziemianin, kształcony w Królestwie i za granicą, założył jedną z największych wówczas plantacji buraków i chmielu, stworzył nowoczesny browar, gorzelnię, kolej wąskotorową, która prowadziła od jego zakładów do Nałęczowa, a w Zagłobie - cukrownię. Świetnie prosperowała do I wojny światowej. Potem powstała tam przetwórnia owoców. Komuniści znacjonalizowali ją. Działała jeszcze przez ponad pół wieku. Żyzne ziemie Powiśla to raj dla sadowników. Gmina Wilków i okolice słyną z jabłek oraz chmielu.

Pięć lat temu firma Sokpol, Piotr Trojanowicz i trzech wspólników odkupiło zrujnowany zakład. Zainwestowali 30 mln zł. Ze starej fabryki pozostały tylko ściany. Powstał nowoczesny zakład produkujący koncentraty z owoców, głównie jabłek (kupują je firmy z Niemiec, Austrii i Anglii które potem robią z niego soki). Wspólnicy szacowali, że pieniądze zaczną zwracać się im po siedmiu latach. W sezonie (zaczyna się w czerwcu i trwa do początku zimy) zatrudniają 75 osób, po sezonie - 50. Fabryka skupuje owoce od 400 sadowników, głównie z okolicy. Do tego trzeba doliczyć jeszcze 300 innych dostawców. Po szkołach i samorządzie Sokpol-Koncentraty to największy pracodawca w gminie.

Fabryka stoi, ale pensje płaci

Linii produkcyjnej nie można zatrzymać natychmiast. Gdyby ktoś spróbował, sok z jabłek zapcha filtry w maszynach. Straty pójdą w miliony. Dlatego w majowy piątek, gdy wszyscy już wiedzieli, że na Wiśle idzie wysoka fala, robotnicy kończyli produkcję. Pracowali jeszcze, gdy poszła wieść, że wał puścił, a potem gdy do fabryki zaczęła wdzierać się woda. I już nie było czego ratować. Woda sięgnęła pasa. Gdy opadła, robotnicy wrócili, by wynosić sprzęt. Właśnie byli w trakcie, gdy nadeszła kolejna fala. Kilkanaście centymetrów wyższa niż poprzednia. Był czerwiec, by zakład ruszył, trzeba było dwóch miesięcy. - Straty? 3 mln - tyle wyliczył nam ubezpieczyciel - opowiada prezes Trojanowicz. - Byliśmy o krok od tego, by wypaść z rynku. Spanikowaliśmy. I wtedy powstał plan.

Zaczęliśmy skupować już gotowy koncentrat od naszych konkurentów z Polski i z zagranicy. A potem - normalnie jak co roku - sprzedaliśmy go naszym stałym klientom. I wtedy nagle okazało się, że po fatalnym dla jabłek roku, deszczowej pogodzie, ich cena skoczyła trzy razy w stosunku do poprzedniego roku. I nasz koncentrat oczywiście też zdrożał. To był dla nas oddech, ratunek.

Prezes jest optymistą: kondycja finansowa firmy nie jest zła, banki chętnie dają kredyty, ubezpieczyciel wypłacił polisę. Po sezonie pół setki pracowników Sokpolu przerabiało jabłka z silosów. W tym roku są puste. Mimo to spółka zdecydowała się płacić ludziom pełną pensję, choć ci siedzą w domach.

- Woda zniszczyła gminę, bawimy się więc trochę w socjal - mówi Trojanowicz. - Jest też inny powód, trudno by nam później było znaleźć od ręki doświadczonych ludzi.

Jest jednak problem. - Ubezpieczenie. To dotyczy nie tylko nas, ale w ogóle ludzi i firm z terenów zalanych. Ubezpieczenie kończy nam się wiosną. Firmy podwyższają składkę, ograniczają odpowiedzialność albo w ogóle nie chcą rozmawiać o polisie - tłumaczy prezes. - Jabłka będą nas drożej kosztować. Sady w okolicy są zniszczone. Nim dadzą owoce, miną trzy lata. Będziemy sprowadzać surowiec z województwa. Mam nadzieję, że władze w końcu wezmą się do pogłębienia dna Wisły. Bo jeszcze jedna powódź i nas nie ma.

Nowy zakład na wzgórzu

Skup owoców w samym centrum Wilkowa Beata i Jacek Lejwodowie otworzyli przed 11 laty.

Byli jednymi z pierwszych w okolicy po upadku spółdzielni ogrodniczych, to był świetny interes.

W maju z motorówki pani Beata oglądała czubki zalanych drzewek owocowych. Ledwie wystawały nad taflę wody. Wpływając do własnej firmy, pod dnem łodzi miała dwa metry wody. Wiedziała, że powrotu do handlu owocami długo nie będzie.

Udało im się uratować samochody. Tuż przed pierwszą falą, gdy mało kto w Wilkowie wierzył, że będzie powódź, zadzwonił znajomy. Ma dziadka w Tatrach. I dziadek, jak żyje, takiej wody na Wiśle nie widział. Lejwodowie zauważyli też, że ewakuowały się lokalny oddział banku i poczta. Wtedy Jacek Lejwoda zaczął wywozić ciężarówki. Woda zniszczyła chłodnie, plastikowe opakowania po owocach pływały w promieniu kilkunastu kilometrów.

Wokół dziesiątki zalanych, zrujnowanych domów. Lejwodowie podjęli decyzję. Więc pani Beata musi się szybko douczać. Co to kolanko, co to zawór kulkowy, czym różnią się od siebie płyty gipsowe, jaką wełnę polecić na docieplenie poddasza. Skup z materiałami budowlanymi otworzyli pod koniec sierpnia.

W Wilkowie wcześniej już był jeden sklep z budowlanką. Ale po powodzi przestał działać, jego właściciele mają problem z uzyskaniem odszkodowania.

- Nim ludzie stąd się odbudują, miną dwa, trzy lata - mówi Beata Lejwoda. - Co będzie dalej, jeszcze nie wiemy. Może wrócimy do skupu. Ale największą chłodnię na owoce chcemy przenieść do sąsiedniej miejscowości, na górkę. Bo gdyby została tutaj, byłaby dla mnie zbyt dużym obciążeniem psychicznym. Gdyby padało kilka dni z rzędu, chyba bym tego nie wytrzymała.

- Jest bardzo ciężko. Ostatni wolny dzień miałam chyba wtedy, gdy czekaliśmy, aż woda opadnie. Nie mamy kontaktów. Dostawcy nam nie ufają. Musimy płacić z góry. Cały czas staramy się to wszystko jakość ogarnąć. Po tej powodzi czuję się starsza o dziesięć lat. Z tych nerwów mam problem z pamięcią. Ostatnio zaczęły nam ginąć materiały. Musieliśmy zainstalować monitoring. No i jeszcze ta szara strefa, która zalewa nas tu po powodzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów