To był początek 2008 r. Marek Żołędziowski - wówczas prezes polskiego oddziału dużej, międzynarodowej agencji reklamowej Saatchi&Saatchi - postanowił spakować swoje rzeczy z gabinetu, pożegnać się z grupą współpracowników i przejść na swój rachunek.
Decyzja o odejściu z Saatchi&Saatchi mogła być dla branży sporym zaskoczeniem. Żołędziowski był w niej bardzo dobrze znany - pod jego kierownictwem agencja odnosiła spore sukcesy, była jednym z najważniejszych graczy rynkowych, zgarniających lukratywne kontrakty i nagrody.
I nagle Żołędziowski powiedział "do widzenia". Co się stało? - W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że w wielkiej korporacji [jaką jest Saatchi&Saatchi, potężna firma działająca na całym świecie] osiągnąłem już wszystko, co mogłem. Mogłem kontynuować karierę w europejskich strukturach korporacyjnych, ale nie interesowało mnie stanowisko regionalnego dyrektora, którego rola, upraszczając, sprowadzałaby się do tego, czy cyferki w Excelu są na czarno (zysk), czy na czerwono (strata) - dodaje.
Był zresztą jeszcze jeden powód. - Sytuacja w branży zmieniła się radykalnie. Duże agencje sieciowe zaczęły odczuwać na własnej skórze, że nie potrafią się dobrze przystosować do nowych warunków, do coraz szybszych zmian. Np. do błyskawicznie rosnącej roli internetu jako medium do wykorzystania reklamowego - tłumaczy.
Zamykając za sobą drzwi w Saatchi & Saatchi, Żołędziowski zachował się lojalnie. W branży często zdarzało się, że w przypadku "transferów" kluczowi pracownicy (prezesi, dyrektorzy kreatywni itp.) zabierali ze sobą kluczowych klientów. - My tego nie zrobiliśmy. Przez pierwsze dwa lata działania nie obsługiwaliśmy ani jednego klienta, z którym wcześniej pracowałem. Dopiero teraz, po dwóch latach od rozstania, konkurujemy o budżet reklamowy Ery - mówi.
Nowym miejscem pracy Żołędziowskiego stała się polska agencja reklamowa DougFaberFamily, wówczas prowadzona przez dobrych znajomych Żołędziowskiego - Jacka Olechowskiego (syna Andrzeja Olechowskiego, znanego polityka) i Filipa Friedmanna (syna znanego aktora Stefana Friedmanna). - Filipa znałem właściwie od dzieciństwa - podkreśla. - We trójkę uznaliśmy, że połączenie naszych sił będzie najlepszym rozwiązaniem. Filip i Jacek od zawsze pracowali na swój rachunek. Są przedsiębiorcami z krwi i kości. Ja z kolei jestem prawdziwym "reklamiarzem".
Żołędziowski wszedł do kapitału spółki i stał się jednym z jej trzech głównych udziałowców. - Ustaliliśmy, że bieżące zarządzanie i prowadzenie firmy spada w całości na mnie. I żeby podkreślić rozpoczęcie nowego rozdziału, podjęliśmy decyzję o zmianie nazwy firmy - mówi Żołędziowski.
Tak narodziła się Change Integrated.
Dziś, dwa lata później, Change jest zupełnie inną spółką. Choć działa całkowicie niezależnie (nie ma związków z żadną z wielkich sieci-gigantów międzynarodowych, takich jak Publicis czy WWP), zdołała wyszarpać sobie sporą część tortu reklamowego. Pracowała dla sieci komórkowej Play, dziś pracuje dla m.in. Skody (lidera sprzedaży samochodów w Polsce). I to właśnie reklamy dla tego klienta przyniosły Change Integrated największe tegoroczne wyróżnienia - Grand Prix na regionalnym festiwalu Golden Drum w Słowenii i jednego z dwóch zdobytych przez Change Lwów na konkursie reklamowym w Cannes.
Ta nagroda to odpowiednik filmowego Oscara.
Jednak jednym z największych (bo niecodziennych) sukcesów - o którym Żołędziowski chętnie opowiada - jest kontrakt z brytyjskim koncernem PZ Cussons. Kontrakt o tyle nietypowy, że obejmuje obsługę marek należących do koncernu Cussons w Afryce.
- Po zdobyciu budżetu PZ Cussons w Polsce, w jednym ze spotkań z klientem w Warszawie uczestniczył globalny dyrektor marketingu Cussons. Zapytał nas, czy nie chcielibyśmy zająć się jedną z marek koncernu w Nigerii. Brzmiało to egzotycznie, ale postanowiliśmy polecieć do Lagos i spróbować naszych sił na zupełnie innym rynku. - Na szczęście zasady marketingu są podobne na całym świecie, a my spędziliśmy tam wraz z zaprzyjaźnioną firmą badawczą z Polski wystarczająco dużo czasu, żeby zrozumieć mentalność Nigeryjczyków - podkreśla Żołędziowski.
Pierwsze doświadczenia okazały się na tyle dobre, że Cussons zdecydował się dać polskiej spółce kolejne zadania - obsługę nowych marek również w Ghanie i Kenii. - Nasze zaangażowanie w Afryce nie przeszkodzi nam w pracy w Polsce - podkreśla szef Change Integrated. - Firma jest podzielona na zespoły. Jedne koncentrują się na rynku afrykańskim, inne na polskim - dodaje.
Spółka zatrudnia dziś 85 osób, ma przychody sięgające kilkudziesięciu milionów rocznie, czyli na tym samym poziomie, co większych konkurentów - filii międzynarodowych gigantów. Co dalej? - Wbrew pozorom naszą ambicją nie jest stworzenie największej firmy w branży reklamowej. Nie chcemy, żeby Change zmienił się w skostniałą korporację.
- Naszym pomysłem na sukces jest ciągła umiejętność dostosowywania się do nowych warunków, umiejętność zmiany. No i jakość. To dlatego postanowiłem tworzyć Change wraz z najbardziej utalentowanymi ludźmi, prawdziwymi specjalistami i pasjonatami reklamy. Wiele osób w branży wątpiło w sukces Change - duża inwestycja, trudne czasy, to się nie uda - mówili. Dzisiaj widać jednak, że nie mieli racji.
Źródło: Mój Biznes