http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zobacz, jak zaoszczędzić tysiące złotych, czyli bywają "darmowe obiady"

Adam Wawrzyński
2010-11-18, ostatnia aktualizacja 2010-11-18 11:57

Amerykanie ukuli powiedzenie: There's no such thing as a free lunch - znaczące dosłownie: Nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad. Z upodobaniem powtarzane przez ekonomistów, w tym samego Miltona Friedmana, stało się powszechnie używanym ozdobnikiem podkreślającym, że za każdą "promocję", czy "nagrodę", jaką otrzymujemy od sprzedawcy, ktoś musi zapłacić. Ale co interesujące, "darmowe obiady" kiedyś naprawdę istniały - i korzystało z nich całkiem sporo osób. Dziś wróciły, choć w nieco innej formie. Chodzi tu oczywiście o darmowe oprogramowanie, które każdej firmie może pozwolić oszczędzić spore pieniądze.

Poprzez internet możemy zrobić zakupy albo założyć konto w funduszu inwestycyjnym
istock
Poprzez internet możemy zrobić zakupy albo założyć konto w funduszu...
Darmowy obiad z lisa

Właśnie mija ćwierćwiecze od narodzenia Fundacji Wolnego Oprogramowania (założonej w październiku 1985 roku w Massachusetts w USA). Dzięki niej udało się m.in. sformułować prawne zasady używania wolnego oprogramowania, czyli zbiór reguł składających się na tzw. Powszechną Licencję Publiczną (General Public Licence, GPL). Na warunkach GPL udostępniana jest dzisiaj większość darmowych programów - w tej chwili liczonych już w tysiącach. Warto jednak zawsze sprawdzać warunki licencji - niektóre z darmowych programów nie mogą być używane do celów komercyjnych. Z punktu widzenia przeciętnego użytkownika początki były jednak trudne. Żeby skorzystać z pierwszego "wolnego" programu, o którym na początku lat 90. usłyszał cały świat, czyli systemu operacyjnego Linux, trzeba było mieć minimum informatycznego obycia. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło - podstawowe wersje programów obrosły w liczne dodatki, tłumaczenia, samouczki i tym podobne. Dzisiaj większość rozwijanych przez zapaleńców projektów jest już tworzonych w sposób możliwie przyjazny dla mało doświadczonego użytkownika. Wyjątkowo "oporni" mogą natomiast skorzystać z oferty firm doradczych i szkoleniowych. Tym jednak trzeba już zapłacić, choć po podliczeniu wszystkich kosztów zwykle jest to i tak bardziej opłacalne niż zakup oprogramowania komercyjnego. Zapewne każdy słyszał już o przeglądarce internetowej Mozilla Firefox, z której korzysta co trzeci Polak (do niedawna niemal co drugi) albo komunikatorze Skype umożliwiającym darmowe rozmowy użytkownikom korzystającym z komputerów; jeśli ktoś dzwoni z komputera na telefon, płaci, ale stawki są niewysokie.

Gdzie szukać

Jednak na tych dwóch popularnych programach świat darmowych komputerowych obiadów wcale się nie kończy. W internecie znaleźć można co najmniej kilka nieźle wyposażonych "jadłodajni". Największa i ciesząca się największą renomą jest Sourceforge (www.sourceforge.net). Mniej znane, lecz także liczące tysiące wciąż rozwijanych projektów to Tigris (www.tigris.org), BountySource (www.bountysource.com) oraz Launchpad (https://launchpad.net). Przy pierwszym kontakcie z wymienionymi wyżej serwisami liczba aplikacji, które możemy obejrzeć i ściągnąć na domowy lub firmowy komputer, może przyprawić o zawrót głowy. Przy wyborze interesujących nas programów warto ułatwić sobie zadanie i najpierw przejrzeć zasoby uporządkowane według wybranych kryteriów, takich jak ilość ściągnięć dokonana przez innych użytkowników, czy też projektów, które zebrały najwięcej pozytywnych ocen i rekomendacji.   Najczęściej oprogramowanie dostępne jest w różnych wersjach instalacyjnych, działających pod różnymi systemami operacyjnymi. Oprócz popularnych Windowsów zwykle można ściągnąć też instalatory pozwalające uruchomić program w środowiskach Linux i Mac. Prawie zawsze dana aplikacja jest wciąż rozwijana przez programistów, co jednak nie oznacza wcale, że mamy do czynienia z półproduktem - użytkownikom oferowana jest wersja stabilna. Generalnie rzecz biorąc, awaryjność bardziej popularnych aplikacji nie jest większa niż wielu programów komercyjnych. No dobrze, to co wybrać z karty?

Office, ale jaki

Nie ma chyba już dziś firmy, która może obyć się bez klasycznego zestawu programów biurowych, do których zalicza się m.in. edytor tekstu, arkusz kalkulacyjny czy program do przygotowywania prezentacji. Najbardziej znanym zestawem takich narzędzi jest oczywiście płatny pakiet Microsoft Office. Koszt zakupu pojedynczej wersji pakietu to około tysiąca złotych. Oczywiście możliwe są rabaty, jednak zwykle trzeba wtedy wykupić licencję na co najmniej pięć komputerów. Warto więc przypomnieć, że dla wspomnianego pakietu istnieje godna alternatywa - darmowy projekt Open Office (http://www.openoffice.org). Oczywiście, programy Open Office są w pełni kompatybilne z tymi stworzonymi przez Microsoft i umożliwiają zapisywanie i odczytywanie plików o najpopularniejszych rozszerzeniach .doc, .xls i innych. Wyposażone są także w unikatowe rozwiązania, jak np. bezpośredni eksport pliku do formatu .pdf, czego płatny program Word na przykład nie potrafi.

Aktualne możliwości aplikacji Open Office (ostatnia wersja została wypuszczona w czerwcu tego roku) znacznie wykraczają poza potrzeby przeciętnego użytkownika.

Wybór dla grafika

Jednymi z najdroższych programów niezbędnych w wielu małych biurach są aplikacje do obróbki grafiki komputerowej. Dwa obowiązkowe darmowe programy, z którymi powinien zapoznać się każdy, kto wykorzystuje grafikę tworzoną na komputerze, to GIMP (www.gimp.org) oraz Inkscape. GIMP - pozwalający na zaawansowaną obróbkę grafiki rastrowej (czyli, w pewnym uproszczeniu, obrazów "płaskich", zapisywanych najczęściej w formatach .bmp i podobnych). Dodatkowy moduł do programu GIMP pozwala używać go do obróbki zdjęć i upodabnia interfejs do programu Adobe Photoshop. Dla porównania, cena komercyjnego programu to około 3-4 tys. zł.

Drugi z wymienionych - Inkscape (http://inkscape.org/) służy do obróbki grafiki wektorowej i zbliża się możliwościami do znakomitego Adobe Illustrator (cena również w zakresie 3-4 tys. zł).

Ile za ochronę

Każdy komputer, bez względu na to, czy używany w domu, czy w firmie, nie może się dzisiaj obyć bez oprogramowania zabezpieczającego przed wirusami i robakami internetowymi. O ile jednak dla użytkowników domowych darmowych i przyzwoitych ofert nie brakuje, są to np. antywirusowe programy Avast oraz AVG, usuwający oprogramowanie szpiegowskie Spybot, o tyle w przypadku komputerów "biznesowych" jest już trochę gorzej. Jednym z nielicznych programów antywirusowych, który można instalować na firmowym sprzęcie, to ClamWin - jak dotąd ściągnęło go 22 mln użytkowników.

W przyszłym roku - jak obiecuje firma AVG - pojawić się ma darmowa wersja antywirusa AVG, przeznaczona dla szeroko pojętego sektora small-biznes. Z drugiej strony koszty programów antywirusowych na szczęście nie są przesadne, za 100-200 zł można zapewnić sobie przynajmniej roczną ochronę nawet dla kilku komputerów. Zaprezentowane wyżej przykłady to tylko maleńka próbka tego, co można znaleźć na stronach "składów" z darmowym oprogramowaniem, jak wspomniany wyżej Sourceforge. Tworzone tam projekty dawno wyszły z wieku dziecięcego i oferują dziś naprawdę spore możliwości. Warto z nich korzystać - także dlatego, że im więcej osób ich używa, tym stają się popularniejsze, co z kolei przyspiesza ich dalszy rozwój. A poza tym to przecież w końcu czysty zysk.

Darmowe obiady z Nowego Orleanu

A jeśli chodzi o te prawdziwe "darmowe obiady", to - jak głosi legenda - wszystko zaczęło się od jednego z najelegantszych hoteli w Nowym Orleanie, otwartego w 1843 roku i nazwanego The City Exchange (ze względu na to, że odbywały się tam także popularne aukcje handlowe). W początkach istnienia hotelu wprowadzono nowy zwyczaj: w południe pijącym alkohol w należącej do hotelu kawiarni zaczęto serwować darmową przekąskę. Zwykle była to mięsna zapiekanka, pieczony ziemniak, ostrygi i inne owoce morza, a także inny hotelowy "wynalazek": gumbo - gęsta i pyszna zupa, trochę przypominająca zupę gulaszową, acz zupełnie inaczej przyprawiana. Marketingowy pomysł "darmowego lunchu" szybko został podchwycony przez inne nowoorleańskie jadłodajnie, a stamtąd rozpowszechnił się na całe Stany. Jego popularność ograniczyła prohibicja (której rzecznicy uważali - skądinąd słusznie - że popularny zwyczaj służy rozpijaniu ludności, co przecież także jest ukrytym kosztem), a ostateczny cios zadał Wielki Kryzys. Na szczęście używanie darmowego oprogramowania nie niesie ze sobą porównywalnego ryzyka.

  • 26 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów