http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Historia biznesu: Latający butik z ubraniami i sztuką

Aleksandra Lewińska
2010-05-05, ostatnia aktualizacja 2010-05-05 18:06

- Miałam dość sieciówek, tanich sukienek, w których chodzi tysiąc innych osób - mówi Małgorzata Nadziejko-Stefanowicz, jedna z założycielek "latającego butiku" sprzedającego kolekcje polskich projektantów mody.

Ostatniej imprezie organizowanej przez szefów
Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Ostatniej imprezie organizowanej przez szefów "latającego butiku" towarzyszyła...
Butik VeryVery nie ma stałej siedziby. Otwiera się na jeden weekend w miesiącu, za każdym razem w innym miejscu w stolicy. A to w starej parowozowni, a to w kamienicy na Pradze, innym razem w studiu fotograficznym.

Klientki nie tylko przebierają w designerskich ciuchach. Zakupy w VeryVery są jednocześnie okazją do obcowania ze sztuką. Za każdym razem na ścianach można podziwiać obrazy młodych polskich malarek czy fotografek. A na koniec wypić kawę i zjeść domowe ciasto.

Może pani pójdzie na wychowawczy

VeryVery stworzyła Małgorzata Nadziejko-Stefanowicz razem z przyjaciółką Magdą. Z wykształcenia jest polonistką, wcześniej miała etat w wydawnictwie, a gdy osiem lat temu przeprowadziła się do stolicy, zaczęła pracować dla kolorowych magazynów. - Byłam już znudzona - wspomina. - Awansowałam, ale zawrotnej kariery nie zrobiłam. Dlatego o własnym biznesie myślałam od kilku lat. Chciałam robić coś, co sprawi, że każdy dzień będzie wyglądał inaczej i co jednocześnie da jakieś pieniądze. Do głowy przychodziło wiele pomysłów, ale zawsze kończyło się na wieczornych rozmowach przy winie. Rano zapał pryskał. Potrzebowałam impulsu, by zacząć pracę na własną rękę.

Impuls przyszedł na początku zeszłego roku. To, co 33-latce dodało skrzydeł, wielu nazwałoby raczej kopniakiem od życia. - Wróciłam z macierzyńskiego i usłyszałam od szefa: "Może byś jeszcze odpoczęła na urlopie wychowawczym...". Na rynku szalał kryzys, okazało się, że pracy dla mnie nie ma.

I chociaż po kilku tygodniach znalazłam nowe, ciekawe miejsce, w którym do tej pory pracuję, to wtedy już wiedziałam: teraz albo nigdy! To pozwoliło mi nie martwić się o byt i w wolnym czasie rozwijać swoją firmę - wspomina Nadziejko-Stefanowicz.

Skąd pomysł na latający butik? - Przyjaciółka opowiadała o koleżance, krakowskiej projektantce, która robi świetne rzeczy, ale mało kto o niej wie. Zastanawiałyśmy się, jak jej pomóc. I wymyśliłyśmy, jak możemy sobie wszystkie pomóc.

Pomysł był prosty. Imprezy, podczas których swoje kolekcje wystawią znani i mniej znani polscy projektanci. W ciekawych wnętrzach, przy ciastku i kawie. Jednocześnie w tym samym miejscu wernisaż malarski bądź fotograficzny.

Na początku przyjaciółki myślały o stworzeniu ekskluzywnego, drogiego butiku. Szybko zdały sobie sprawę, że takich w Warszawie jest już sporo.

- Nie chciałyśmy, żeby to był sklep, ale trochę kawiarnia, trochę galeria - mówi Nadziejko-Stefanowicz. - Kameralnie. Sama miałam już dość centrów handlowych, tłoku, niekompetentnych pań w butikach. Myślę, że wiele kobiet jest już zmęczonych sieciówkami, nie chcą nosić sukienek, które ma w szafie tysiąc innych osób, wolą wydać więcej, ale wiedzieć, że ubranie będzie dobrej jakości.

Dziewczyny zainwestowały ok. 8 tys. zł: na logo, haftowane metki, torby do pakowania, wieszaki, manekiny, wynajem lokalu.

- Starałyśmy się o dotację z UE na rozkręcenie biznesu - opowiada Gosia. - Ale w konkursie startowało 3 tys. firm. A pieniędzy było dla 60. Nie udało się.

Nadziejko-Stefanowicz współpracuje już z czterema projektantkami: Dominiką Adamczyk i Joanną Hawrot z Krakowa, Joanną Werc z Poznania i Żanetą Górską-Biernat z Warszawy. Ich ubrania są w pojedynczych egzemplarzach lub w bardzo krótkich seriach: po trzy, cztery sztuki.

Wszystkie ciuchy właścicielki butiku sprzedają pod jedną marką (na metkach zamieszczają "veryvery" i nazwisko projektanta). - Mamy wpływ na to, co sprzedajemy, same dobieramy kolekcje i pilnujemy ich jakości - mówi Nadziejko. - Wbrew pozorom na ciuch od projektanta nie trzeba wydać fortuny. Wiele z nich ma ceny na poziomie trochę lepszych sieciówek. Za płaszcz w Zarze też trzeba zapłacić ok. 450 zł, płaszcz od projektanta można dostać w tej samej cenie.

Ceny w butiku zaczynają się od 100 zł (za sweter czy piżamkę retro) do 1,5 tys. (jedwabny płaszcz). Właścicielki VeryVery zgarniają 30-proc. marżę.

Na każdej edycji "latającego butiku" pojawiają się projektantki, które dopasowują ubrania, doradzają, jak je nosić.

Uczą się na błędach

Gosia i Magda zarejestrowały firmę VeryVery jesienią. Pierwsze spotkanie zorganizowały we wrześniu. Dziś ze swojego debiutu na rynku najbardziej pamiętają ból żołądka. - Strasznie się stresowałam - mówi Nadziejko-Stefanowicz. - Do starej parowozowni zaprosiłyśmy głównie znajomych. Piękne wnętrze, wysokie na osiem metrów. Nie uwzględniłyśmy jednego: bardzo trudno tam trafić. I jeszcze tego, że warto taką imprezę wypromować. Nie przygotowałyśmy żadnych ulotek, reklam, nawet w internecie się nie ogłosiłyśmy. Byłyśmy bardzo zaaferowane przedsięwzięciem i wydawało nam się, że świat sam się nami zainteresuje. Tak się oczywiście nie stało.

Przyszło ok. 50 osób. Dziewczyny wystawiły biżuterię i odzież z kolekcji trzech projektantek: dwóch krakowskich, jednej poznańskiej.

- Sporo sprzedałyśmy: ok. 10 sztuk biżuterii i ponad 20 ciuchów. To był dość duży zysk, bo ceny zaczynały się od 300 zł w wzwyż - mówi Nadziejko-Stefanowicz. - Ale przede wszystkim znajomi nam przyklasnęli, pomysł się spodobał.

Źródło: Mój Biznes
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

  • Historia biznesu: Latający butik z ubraniami i ... jotembi 09.05.10, 03:36

    fajny pomysł, congrats!ale jedno mi się nie podoba - taki drobiazg w samym artykule, który mnieosobiście okropnie razi: te "dziewczyny"pewnie, że trzydziestolatki to osoby młode, ale »

  • Historia biznesu: Latający butik z ubraniami i ... pinya 09.05.10, 08:46

    Fantastyczny pomysł z tym butikiem. Jak się prawdziwe koleżanki skrzykną, to ipieniędzy nie trzeba mieć za wiele, żeby coś zacząć. Bardzo gratuluję i bardzozazdroszczę. Na pewno będę »