http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czarni rycerze CEZ. "Elektrokomando" rządzi Czechami

Luboš Palata*, Praga
2010-02-22, ostatnia aktualizacja 2010-02-21 22:12

Właścicielem największej czeskiej spółki energetycznej jest państwo, ale to CEZ tak naprawdę rządzi Czechami

Prezes CEZ Martin Roman doskonale wie, że jego bajeczny majątek to zasługa polityków i jest z nimi w dobrej komitywie.
Waldemar Kompała
Prezes CEZ Martin Roman doskonale wie, że jego bajeczny majątek to zasługa...
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w środku Europy, było małe królestwo. Nie rządził nim król, ale potężny magnat. Był potężniejszy i bogatszy niż głowa państwa. Pod jego rządami znajdowało się największe bogactwo tej ziemi, produkcja energii, która mogła zastąpić słoneczne światło, poruszała maszyny i ogrzewała domy.

Magnat sprawił, że w królestwie przyjęto prawo, według którego kradzież energii była zbrodnią najcięższą, za którą groziły najstraszniejsze kary. Po całym kraju jeździły ubrane na czarno oddziały rycerzy, którzy wdzierali się do domów nic nieprzeczuwających poddanych. I biada, biada tym, których złapano na kradzieży energii potężnego magnata. Dosięgała ich surowa kara, przed którą nie mógł ochronić żaden sąd, żaden król. A magnat i jego ludzie nadal rządzili krajem i rozszerzali swoje wpływy daleko, poza jego granice. Nie było siły, która mogłaby się im przeciwstawić...

Elektrokomando

Historię "czarnego komanda" Czeskich Zakładów Energetycznych (CEZ), energetycznego giganta Europy Środkowej (szykuje się do budowy elektrowni jądrowej na Słowacji, ma sieć elektrowni wiatrowych w Rumunii, kilka elektrowni w Polsce i chce budować pierwszą polską elektrownię jądrową), można by rozpocząć jak klasyczną bajkę. Jednak dla wielu tych, którzy przeżyli kontrolę tzw. czarnych odbiorów energii elektrycznej, był to prawdziwy horror, trudny do wyobrażenia w demokratycznym kraju UE na początku XXI w. W przypadku wszystkich czynów karanych podejrzanemu należy najpierw udowodnić winę, zaś o karze musi zdecydować niezawisły sąd. Jednak klienci CEZ przekonali się na własnej skórze, że zarzutu nielegalnego odbioru energii elektrycznej, firma nikomu nie musi udowadniać, a do wymierzenia kary wcale nie jest jej potrzebny sąd. Z usług CEZ korzysta większość czeskiego społeczeństwa. Większościowym właścicielem tej spółki jest skarb państwa, ale nie bez powodu mówi się, że to CEZ w znacznym stopniu rządzi dziś państwem czeskim.

Historia energetycznego komanda szturmowego rozpoczyna się w roku 2005. Wtedy to do walki z energetycznym "piractwem" powołano oddziały mężczyzn ubranych w czarne mundury uderzająco podobne do umundurowania elitarnych jednostek antyterrorystycznych czeskiej policji. Komandosi CEZ przeszli ciężkie szkolenia dla profesjonalistów. Na nagraniu sprzed pięciu lat, które przedostało się od czeskich mediów, ćwiczą strzelanie, rzut granatem, walkę z psami bojowymi, samoobronę czy w końcu branie zakładników! Okazało się też, że niektórzy komandosi mieli ze sobą w czasie akcji prywatną broń palną. Częścią wyposażenia były także noże bojowe. Komando miało własne "pokoje przesłuchań", w których, często po nocy, przesłuchiwano podejrzanych i zmuszano ich, by podpisywali zobowiązania do zapłaty setek tysięcy, a niekiedy nawet milionów koron za nielegalny odbiór prądu.

„Po około godzinnym oczekiwaniu na dworze komandosi zaprowadzili mnie do jakiegoś pomieszczenia z drzwiami bez klamek. Nie było tam nic, tylko kamery. Zostawili mnie na jakąś godzinę » abym się rozgrzał «. Dopiero potem trafiłem do Vanisa [dowódcy komanda CEZ]. Chociaż wiem, że niczego nie ukradłem, po tygodniu psychicznego terroru zorganizowałem pieniądze i zapłaciłem 280 tys. koron (około 11 tys. euro) za rok zużycia energii w domku jednorodzinnym. Wcześniej płaciłem ok. 30 tys. koron za rok” - wspominał spotkanie z komandosami Ji i Spaeil.

To jedna z wielu osób, które zdecydowały się oskarżyć CEZ. Ich adwokat Jan Ryti twierdzi, że działalność komandosów i CEZ nie mieści się w standardach państwa prawa. - Jeśli ktoś kradł, niech go oskarżą, niech sąd osądzi i wyda wyrok. Jednak CEZ zamiast tego posunął się do dręczenia ludzi - mówi Ryti . - Reprezentuję 160 rodzin. W materiałach jest dziesięć opinii ekspertów, którzy dowodzą, że w wyniku przesłuchań ofiary komandosów doznały zaburzeń psychicznych. Ludzie, którzy to opowiadają, załamują się. Widziałem, jak płaczą twardzi mężczyźni.

Podczas jednej z akcji komandosów niedaleko środkowoczeskich Podebrad mężczyzna, któremu groziło przyłapanie na nielegalnym odbiorze energii, popełnił samobójstwo.

Śledztwo w sprawie szturmowców z CEZ (oficjalnie pracowników spółki CEZ Me eni sp. z o.o.) przeprowadziła elitarna policyjna jednostka do walki ze zorganizowaną przestępczością (UOOZ). 30 komandosów oskarżono o szantaż odbiorców energii elektrycznej. Według detektywów UOOZ bez pozwolenia wchodzili oni na teren prywatny odbiorców i zmuszali ich do płacenia wysokich kwot za rzekomy nielegalny odbiór. Śledztwo potwierdziło, że przesłuchania prowadzone przez komando CEZ rzeczywiście odbywały się nocą, zaś rzekomym "złodziejom", którzy nie przejawiali chęci współpracy, grożono nie tylko natychmiastowym odcięciem energii, ale też coraz większą karą finansową.

- Jestem przekonany, że chodzi o karalny szantaż, zaś biorąc pod uwagę zasięg całej sprawy, można mówić o przestępstwie zorganizowanym - tak o działalności komanda CEZ mówi adwokat pokrzywdzonych Ryti .

My tylko walczymy z mafią

Kierownictwo CEZ nie chce słyszeć o rozwiązaniu jednostki i zakończeniu ostrej walki z nielegalnymi odbiorcami. - Informacje uzyskane w wyniku śledztwa nie potwierdzają, aby którykolwiek z oskarżonych pracowników dopuścił się szantażu - twierdzi rzecznik CEZ Martin Pavlieek i dodaje, że niektórych z nich policja oficjalnie uwolniła już od zarzutów.

Po zamieszaniu w mediach oraz przerażeniu i wzburzeniu wśród części polityków CEZ zdecydował się jedynie na dwie małe zmiany. Komando zmieniło mundury na mniej przypominające policyjne oraz szefa, który, jak dowiedziono, podczas jednej z akcji używał odbezpieczonego pistoletu.

W ostatnich dniach dyrektor generalny CEZ Martin Roman jednoznacznie stanął w obronie komanda i ogłosił, że będzie ono działać dalej. Jednocześnie obiecał większy udział policji w jego akcjach. - Jednostka powstała pięć lat temu. Nasza firma reagowała w ten sposób na bezpośredni kontakt ze zorganizowaną przestępczością - ogłosił Roman na specjalnej konferencji prasowej. Przekonuje, że impulsem do powołania jednostki było odkrycie nielegalnych plantacji marihuany - sztucznie doświetlanych, więc zużywających dużo prądu, najczęściej nielegalnie podbieranego. W ten sposób CEZ przyczynia się - zdaniem prezesa spółki - do walki z rozrastającym się biznesem narkotykowym. - Tylko w ubiegłym roku, dzięki pracy naszej jednostki specjalnej odkryliśmy ponad 80 takich plantacji - oznajmił Roman.

I dodaje, że na korzyść komandosów przemawiają wyniki ich pracy: w ciągu pięciu lat wykryli w Czechach 15 tys. przypadków kradzieży energii elektrycznej, dzięki czemu firma odzyskała 500 mln koron.

Premier Jan Fischer zaprosił prezesa CEZ do siebie i zaapelował, by jednostki działały zgodnie z prawem. - Żadna prywatna firma nie może mieć uzbrojonej grupy po wojskowych szkoleniach - stwierdził przewodniczący komisji parlamentarnej ds. obrony i bezpieczeństwa Jan Vidim z Obywatelskiej Partii Demokratycznej. Ale jego kolega z partii, poseł Martin Kocourek, twierdzi, że nawet jeśli były jakieś problemy, były to "ekscesy" i przyjęto już odpowiednie rozporządzenia, aby się nie powtórzyły. Kocourek jest... szefem rady nadzorczej CEZ.

Opozycyjna socjaldemokracja za pośrednictwem byłego ministra spraw wewnętrznych Františka Bublana wezwała CEZ do odwołania swoich "specjalnych egzekucyjnych jednostek". Najostrzej wypowiedział się były wicepremier i lider Partii Zielonych Martin Bursik". - To wstrząsające. Firma z większościowym udziałem skarbu państwa w państwie prawa powołuje do życia własne komando. Martin Roman zachowuje się jak rosyjski magnat, któremu gubernator je z ręki. Tyle że tutaj nie jest Rosja - mówi Bursik.

Prawo Czech, prawo CEZ

Prezes Martin Roman ostrą krytyką ze strony polityków bardzo się nie przejął. Ten 41-latek po studiach prawniczych na praskim Uniwersytecie Karola to dziś jeden z najbardziej wpływowych i najbogatszych ludzi czeskiego biznesu. On i inni menedżerowie CEZ dostali możliwość preferencyjnego wykupu akcji spółki. Roman kupił 600 tys. akcji po 132 korony, a wkrótce ich cena sięgnęła 1350 koron. Prezes CEZ to najlepiej zarabiający pracownik państwowy - według czeskich mediów tylko w zeszłym roku zarobił 677 mln koron (ok. 25 mln euro). W porównaniu z nim czeski premier jest biedakiem - zarabia tylko 2 mln koron rocznie. Do CEZ trafił w 2004 r. z nadania rządu demokratów. Miał już wtedy na koncie sukcesy restrukturyzacyjne w firmach budowlanych Janky Radotin i Škoda Holding, gdzie przeprowadził ostrą restrukturyzację i zwolnienia.

Martin Roman doskonale wie, że jego bajeczny majątek to zasługa polityków i jest z nimi w dobrej komitywie. Z byłym premierem Mirkiem Topolankiem spędzał dwukrotnie wakacje - raz na Sardynii, raz w Toskanii. Jest też w dobrych stosunkach z prezydentem Vaclavem Klausem - prywatnej szkole, w którą kieruje syn Klausa, przekazał w darze 100 mln koron. CEZ, którego roczne obroty wynoszą 200 mld koron (ok. 8 mld euro), jest bodaj największym sponsorem w Czechach - wszystkiego co się rusza - od ekipy olimpijskiej, po fundacje partii politycznych.

A politycy się odwdzięczają. Przykładowo niespełna rok temu CEZ dostał do ręki mocną broń w walce z dłużnikami i nielegalnymi odbiorcami, do jednej z ustaw wprowadzono zapis, który pozwala niezwłocznie odciąć dopływ energii klientowi podejrzanemu o jej nielegalny odbiór. Przyłączony z powrotem zostanie dopiero wtedy, kiedy zapłaci wyliczoną przez firmę sumę. Energetycy (CEZ jest dominującą, ale nie jedyną firmą tej branży) nie muszą czekać na decyzję sądu.

Jak do tego doszło? Szef rady nadzorczej CEZ Martin Kocourek to niejedyny polityk czerpiący profity z pracy dla tego giganta. Niedawno poseł Ond ej Voji , zaledwie szeregowy członek rady nadzorczej CEZ, legalnie zarobił dzięki opcjom na akcje CEZ około 13 mln koron, czyli 750 tys. dol.

P.S. W środę 17 lutego szef CEZ Martin Roman oświadczył, że firma "przerywa" działalność komandosów walczących z nielegalnymi odbiorcami. W przyszłości firma chce walczyć z tym procederem nie tylko tak jak dotąd, czyli zgodnie z prawem, ale także w zgodzie z zasadami etyki. Zadzwonił dzwonek i skończyła się bajka o złym CEZ-ie. Oczywiście, jeśli wierzycie w bajki.

Tłum. Renata Rusin Dybalska

*Autor jest redaktorem "Lidovych Novin"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów