ALEKSANDRA LEWIŃSKA: Jak znaleźć pomysł na portal społecznościowy, w którym zarejestruje się 600 tys. ludzi? MARIUSZ GRALEWSKI: Pomogła przejażdżka warszawskim metrem.
Słucham? - Zauważyłem nad głowami pasażerów ogłoszenie o pracy. Pomyślałem, że fajnie by było przenieść je do internetu.
Wpadłeś na ten pomysł pięć lat temu. Nie byłeś pierwszy. - Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Z internetu korzystałem dopiero od dwóch lat, nie wiedziałem o istnieniu takich portali jak Pracuj.pl czy Job.pl. Nie miałem pojęcia, że rynek rekrutacyjny w sieci już się rozwija. Że wojna o przywództwo już za nami i że ktoś ją dawno wygrał. Ale zacząłem szukać i znalazłem lukę. Nie było wówczas serwisu społecznościowego, w którym można stworzyć swój zawodowy profil i pozwolić pracodawcom siebie poznać. Znalazłem partnerów, założyliśmy spółkę, zaczęliśmy pracę nad portalem.
Byłeś na drugim roku studiów informatycznych. Szukałeś partnerów bardziej doświadczonych od siebie? - Do współpracy zaprosiłem kolegów z Politechniki Warszawskiej, z mojego roku. Nad projektem siedzieliśmy po 10, 14 godzin dziennie. Właściwie tylko spaliśmy i pracowaliśmy. Tym zaangażowaniem nadrobiliśmy brak doświadczenia, wiedzy, pieniędzy.
Inspirowaliście się innymi portalami? - Imponował mi MySpace. Fascynował mnie rozmach, z jakim serwis zdobywał nowych użytkowników. Wzorowaliśmy się również na LinkedIn. To tam po raz pierwszy zobaczyliśmy profile, na których można zamieścić swoje zawodowe
CV.
I od razu trafiliście w dziesiątkę? - To, co stworzyliśmy pięć lat temu, niestety nie było dobre. Powstała rzecz na miarę wyobrażeń studentów. Ludzie nie chcieli z tego korzystać.
Gdzie popełniliście błąd? - Portal był trudny w obsłudze, nie tak czytelny jak teraz. Zapytaliśmy cztery duże portale: Wp, Interię, Onet i o2, czy chcą znami współpracować. Wszystkie zaprosiły nas do rozmów i tyle. Zobaczyli nas, niedoświadczonych, i nie chcieli wyciągnąć ręki.
Wysyłali dzieciaki do domu? - (śmiech) Coś w tym stylu. Ewentualnie proponowali, żebyśmy stali się ich pracownikami. Ale coś dobrego z tych rozmów wynikło. W Krakowie poznaliśmy człowieka, który projektował strony dla Onetu. Zaprzyjaźniliśmy się. A on postanowił nam pomóc.
Finansowo? - Nie. Zaczął nas uczyć. W ciągu pół roku udzielał mi "korepetycji". Bez niego zdobycie tej wiedzy zajęłoby lata.
Najważniejsza jego rada? - Ludzie wchodzący na stronę internetową nie powinni być zmuszani do myślenia, rozszyfrowywania: "Jak to działa?". Moja ulubiona książka opisująca podejście do tworzenia stron internetowych to "Don't Make Me Think". On wciąż mi uświadamiał: "Jesteście jedną z tysiąca stron internetowych i szansa na to, że akurat was ktoś będzie odwiedzał częściej, jest w zasadzie żadna. Jeśli nie poprowadzisz użytkownika za rękę - nie masz szans".