- Wtedy lejki sprzedawały się znakomicie. Z paliwem był kłopot, wszyscy trzymaliśmy benzynę w kanistrach, a lejków na rynku nie było. Na SGGW dostawałem 1200 zł stypendium miesięcznie i tyle samo podatku musiałem odprowadzić za swoją działalność - opowiada ze śmiechem przedsiębiorca. - Zresztą specjalnego wyboru nie było. Jak spółdzielnia potrafiła załatwić góra dwie tony blachy na kwartał, to gdybym z niej robił dachy, pracy by mi starczyło na dwa tygodnie. A tak, robiąc lejki - to na cały kwartał.
Zaraz po skończeniu studiów Pruszyński rozwinął działalność i zaczął świadczyć także usługi remontowo-budowlane. Cały czas tłocząc lejki.
I tak aż do 1990 roku, do reform Leszka Balcerowicza. - Wtedy nagle okazało się, że dostęp do paliwa możemy mieć wszyscy. Popyt na lejki skończył się, jak nożem uciął. Pewnie jeszcze do dziś w którymś z moich magazynów leży kilka tysięcy ostatnich, niesprzedanych sztuk - mówi Pruszyński.
Klęska niszy lejkowej wcale jednak przedsiębiorcy nie zmartwiła, bo wtedy miał już pomysł na nowy produkt, którego na rynku brakowało może jeszcze bardziej - stalowe, profilowane dachy.
Pruszyński montował takie dachy na prowadzonych przez siebie budowach i szybko zorientował się, że podaż nie nadąża za popytem. Na odpowiednie wyprofilowanie blachy trzeba czekać po kilka tygodni. - Podpatrzyłem więc, jak wygląda i jak działa taka najprostsza maszyna do gięcia stali. I sam, z pomocą pracownika i sąsiada-spawacza, taką maszynę zrobiłem. Zacząłem produkować dachy - mówi. - W lipcu 1990 r. pojechałem po raz pierwszy do huty, z gotówką w kieszeni. Pieniędzy starczyło mi na osiem ton blachy - opowiada Pruszyński. - Po trzech tygodniach wróciłem. Z pieniędzmi już na 18 ton. Rynek był jeszcze płytki, ale konkurencji prawie nie miałem.
Dziś każdego dnia w zakładach Pruszyńskiego przerabia się 500 ton blachy. Firma stała się jednym z najważniejszych klientów hut (także polskiego oddziału ArcelorMittal). Zatrudnia 700 osób, generuje ok. 700 mln zł obrotów i ma kilkanaście oddziałów w Polsce oraz kilka za granicą: na Litwie, na Ukrainie, w Czechach, na Węgrzech i - od niedawna - także w Rumunii.
Pruszyński stał się niekwestionowanym liderem w produkcji dachów stalowych (kontroluje ok. 25-30 proc. polskiego rynku). Cały czas rozszerza profil: w 2005 r. przejął Stolbud (producenta okien), rok później wykupił czeską firmę Satjam. I cały czas zdobywał prestiżowe kontrakty. To właśnie Pruszyński dostarczył blachy do budowy gigantycznej fabryki Gillette w Łodzi i do nowego terminalu na warszawskim lotnisku Okęcie.
Wielkie inwestycje nie oznaczają jednak, że Pruszyński odwraca się od klientów indywidualnych. Na odwrót. - Do mnie można przyjść i zamówić choćby kawałek blachy pod kominek w domku. Też dotniemy. Żadnego klienta nie odepchnę - zapewnia.
W jaki sposób udało się Krzysztofowi Pruszyńskiemu przekształcić swoją jednoosobową spółkę w branżowego potentata? - Skorzystałem z boomu na rynku budowlanym - skromnie odpowiada. Przełom, jeśli chodzi o skalę produkcji, nastąpił w 1994 r., kiedy przedsiębiorca zaryzykował i jako pierwszy w Polsce sprowadził z Finlandii profesjonalne maszyny do tłoczenia blachy. Ryzyko opłaciło się wielokrotnie, bo firma mogła skokowo zwiększyć produkcję.
Kryzys z ostatnich miesięcy, szczególnie widoczny na rynku budowlanym, uderzył w firmę Pruszyńskiego tak jak we wszystkie z branży. - Przychody spadły, to prawda. Prawie połowę zysku w ubiegłym roku zjadły mi niekorzystne różnice kursowe, ale nie musiałem zwalniać ludzi. Umówiłem się z załogą, że zamiast zwolnień czasowo obniżmy wynagrodzenia o 20 proc. Jednak teraz już widać pierwsze oznaki ożywienia. W tym roku spodziewam się już wzrostu wyników, nie spadku. A w 2010 r. przychody powinny wzrosnąć o blisko 10 proc. - prognozuje przedsiębiorca.
Pruszyński jest przekonany o tym, że popyt na stalowe dachy na polskim rynku będzie jeszcze długo. Teraz koncentruje się na dalszej dywersyfikacji produkcji, nowych inwestycjach, a bieżące zarządzanie zostawia współpracownikom. - Ja już nie próbuję kontrolować całej firmy i wszystkiego, co się w niej dzieje. Jednak jeszcze do niedawna zdarzało mi się przyjechać w nocy do firmy, bez zapowiedzi, i przejść po hali produkcyjnej. Nawet nic nie mówiłem, po prostu przechadzałem się i patrzyłem na pracowników z nocnej zmiany. To chyba jednak działa mobilizująco.
Źródło: Mój Biznes