Aneta Augustyn: Banki nie chcą udzielać kredytów, deweloperzy zamrażają inwestycje, a wy wciąż sprzedajecie. Grzegorz Antkowiak*: Większość konkurentów utrzymała cenę i przestała budować. My zrobiliśmy odwrotnie: wolimy obniżyć ceny i cały czas budować. W tym roku oddaliśmy tysiąc mieszkań, sprzedaliśmy pięćset, kolejny tysiąc jest w budowie. Stawiamy na lokale popularne, na które stać przeciętną rodzinę, dwupokojowe, po 5-6 tys. za metr. Inni koncentrują się wyłącznie na jednym obszarze, a nie da się już sprzedać dużo mieszkań w tym samym miejscu. My budujemy w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Opolu, Wrocławiu i właśnie ten podział rynków dał nam przewagę nad konkurencją.
Przed biznesem zajmował się pan pracą naukową. Podobno można odróżnić ludzi po drganiach dłoni? - Właśnie na tym opierał się system sztucznej inteligencji, nad którym pracowałem i który pozwalał identyfikować osoby, pojazdy, obiekty. Czujniki rozpoznawały częstotliwość drgań, która jest indywidualna dla każdego z nas, niezależnie od stanu psychicznego, w jakim akurat jesteśmy.
Wszystkie te prace bazowały na algorytmach matematycznych. Na podobnej zasadzie działała inteligentna mina, która potrafiła odróżnić czołgi NATO od tych z Układu Warszawskiego. Różne typy pojazdów generowały różne drgania, przenoszone przez grunt.
Udało się ją wyprodukować? - Za komuny w Polsce nikt nie był w stanie tego zrobić. Nie było możliwości technologicznych i mina utknęła w fazie prototypu. Takich rozwiązań nie było na świecie, wymyślaliśmy zupełnie pionierskie rzeczy w Wojskowym Instytucie Techniki Inżynieryjnej we Wrocławiu, gdzie byłem asystentem. Instytut był świetnie wyposażony, pracowaliśmy na zachodnich urządzeniach i dokumentacji, wszystko po angielsku, załatwiane przez wywiad. Zresztą z podobnego powodu wcześniej wybrałem informatykę na Politechnice Kijowskiej - jako najlepszy w maturalnym roczniku mogłem studiować na wybranej uczelni w demoludach, a właśnie w Kijowie mieli sprzęt o kilka klas lepszy niż u nas.
Nie żal naukowej kariery dla kantoru? - Czułem, że nie odnajduję się w wojskowych strukturach, chociaż byłem chroniony przez szefa naszego zespołu naukowego, dr. Janusza Konopkę, fizyka, który jest dziś przewodniczącym rady nadzorczej Ganta.
Dla otwartego umysłu wojsko nie jest najlepszym miejscem. Powoli dojrzewałem do samodzielności. Zwłaszcza że była druga połowa 1989 roku, gospodarka socjalistyczna przepoczwarzała się w rynkową i wokół czuło się gorączkę przedsiębiorczości. To były czasy, kiedy kapitał podwajał się po miesiącu. Wystarczyło kupić banany w Berlinie po marce i sprzedać po dwie we Wrocławiu, schodziły w kwadrans. Jestem z pokolenia urodzonych w latach 60., które niezasłużenie wygrało los na loterii. Kiedy świat wywrócił się do góry nogami, właśnie kończyliśmy
studia. Nie byliśmy jeszcze uwikłani w rodziny i ciepłe posadki. Wszyscy mieliśmy równe szanse, liczył się pomysł i odwaga, kapitał na start nie miał takiego znaczenia. Ważne było, jak się zaczynało, a nie z czym. Pomysłów były miliony. Szczęśliwa epoka, pełna energii; konkurowaliśmy na zdolności, a nie na CV jak teraz.
Co ostatecznie zdecydowało o porzuceniu nauki? - Kolejka do kantoru, w której stałem któregoś dnia w domu towarowym we Wrocławiu. Kolejka długa, nudziło mi się, więc zacząłem liczyć, ile kantor zyskuje w tym czasie, gdy ja tam kwitnę. Wyszło mi, że w sześć minut kantor zarobił więcej niż ja po miesiącu. To był Cent, który potem stał się moim głównym rywalem. Zwolniłem się z Instytutu, żeby założyć własny biznes. Miałem 29 lat i oszczędności warte tyle, co
samochód. Wystarczyło na pierwszy kantor w Legnicy.
Dlaczego nie we Wrocławiu? - Bo lepiej być głównym graczem na prowincji niż podrzędnym w metropolii. W pierwszym kantorze siedziałem z żoną: 10 m kw. powierzchni. Cały dzień ustawiały się kolejki. Biznes wymagał zaufania, więc wciągnąłem siostrę, brata, który teraz jest wiceprezesem, ojca... Dziś zatrudniam kilkaset osób.
Bywało, że kupowałem dolara we Wrocławiu za 6 tys. zł, a gdy po godzinie dojechałem do Legnicy, okazywało się, że tam był jeszcze po 7 tys., bo nikt nie zdążył się zorientować, że ceny spadły. Wtedy, w latach raczkującego kapitalizmu wielu chciało zarabiać dużo i szybko. My postawiliśmy na strategię długofalową, zakrojoną na lata: tworzenie marki, niska marża, kuszenie niskimi cenami. Sieć rozwijała się na tyle szybko, że gdy poczułem się silny, wszedłem na wrocławski rynek. Tam zaczęła się walka z Centem na śmierć i życie. Szpiedzy biegali po mieście, sprawdzali konkurencję co kilkanaście minut i przynosili informacje, kto za ile sprzedaje.
Nachodzili się. - Taki zawód. Trzeba było wyprzedzać rywala, stale być o krok do przodu, żeby jak najpóźniej zorientował się, że ceny zdążyły się zmienić. To była walka od rana do wieczora. Adrenalina w nas buzowała i podniecenie rywalizacją było nie mniej istotne niż sam biznes. Wtedy mnie to fascynowało, teraz, z dystansu widzę, jakie było głupie. Zamiast współpracować, obniżaliśmy z Centem marże, obaj na tym tracąc. Wtedy w ogóle z sobą nie rozmawialiśmy, tylko zmienialiśmy ceny. Nałogowo.
W pierwszym wrocławskim kantorze miał pan ponoć szachy? - Wtedy już nie siedziałem w okienku, tylko na zapleczu zajmowałem się wyznaczaniem cen, więc był jeszcze czas na szachy. Graliśmy zwykle z Markiem Figlem, moim ówczesnym zastępcą, filozofem i szachistą z czołówki. Graliśmy po kilka godzin dziennie i raczej nie było naiwnych, którzy chcieliby się z nami zmierzyć (śmiech). Jako nastolatek chodziłem do szkółki Czesława Błaszczaka, z której wyszli najlepsi wrocławscy szachiści. Grywałem w drugiej, czasem pierwszej lidze, mam za sobą wicemistrzostwo Polski, byłem wiceprezesem Polskiego Związku Szachowego. W poniedziałki i czwartki zachodzę do klubu Hetman, który istnieje we Wrocławiu od 1946 roku. Dokładam trochę do jego budżetu.