- Wciąż nas cisną, windują nam wymagania, a zabierają wszystko, co się da - skarżyła się niedawno Magda Lewicka, pracownica jednego z banków. Firma wprowadziła limit na kawę, więc kończyła się w połowie miesiąca. - Potem zrzucamy się na zakup - usłyszeliśmy. Bank odwołał coroczną wielką imprezę firmową, na którą przyjeżdżali pracownicy z całej Polski, bo była za droga. Firma poleciła pracownikom z różnych oddziałów przejrzeć szuflady i policzyć spinacze, taśmy klejące, papier do drukowania. Przecież jeśli w Warszawie brakuje papieru, to może go podesłać oddział w Katowicach.
Tak było jeszcze miesiąc temu, ale jak się okazało, takie oszczędności nie wystarczyły. Magda Lewicka już nie pracuje. Oprócz niej - w kilku rzutach - zwolniono kilkaset osób.
Według badań KPMG i PKPP Lewiatan w ostatnim półroczu pracodawcy tłumaczyli zwolnienia głównie sytuacją ekonomiczną firmy (62 proc.), prognozami dla firmy (55 proc.), potrzebą zastąpienia pracowników lepiej wykwalifikowanymi (35 proc.) i prognozami ekonomicznymi dla kraju (32 proc.).
WSK PZL-Rzeszów jest największą firmą Doliny Lotniczej, zajmuje się produkcją części lotniczych. Kryzys nie oszczędza branży. W tym roku firma pożegnała się z 380 pracownikami. - Musielibyśmy zwolnić jeszcze około 250 osób, gdyby nie m.in. likwidacja wynagrodzenia za 11 dni wolnych w roku - mówi Andrzej Czarnecki, rzecznik WSK. Kolejnym krokiem było ustalenie terminu, w którym wszyscy pracownicy idą na dwutygodniowe wakacje. - Dzięki temu nie musimy płacić za nadliczbówki, ponosić kosztów pracy zakładu itd. - mówi Czarnecki.
Teraz zarząd przygląda się każdej wydawanej złotówce. Choć zapewnia, że nie bierze pod uwagę likwidacji m.in. kursów językowych czy studiów dla pracowników.
Jak pokazują badania KPMG i Lewiatana, pracodawcy są przekonani, że ustępstwa, na które zdecydowaliby się ich pracownicy, żeby utrzymać pracę, to: zmiana stanowiska pracy (56 proc.), ograniczenie zakresu świadczeń pozapłacowych (52 proc.), zmiana działu (50 proc.). Niewielu za to zaakceptuje obniżenie standardów pracy (12 proc.) czy zmianę lokalizacji firmy (11 proc.).
Kryzys tnie kilometrówki Michał Piotrowski, trzydziestolatek pracujący w firmie logistycznej, na głowie ma kredyt hipoteczny. I, jak sam mówi, nie może sobie pozwolić na utratę pracy. W firmie wyciska z siebie siódme poty, biega od klienta do klienta. A pracodawca tylko dokręca śrubę. - Cisnęli na oszczędności jeszcze przed kryzysem, a teraz cisną podwójnie - mówi. A Michał zaciska zęby, bo wie, że gdzie indziej nie jest lepiej. - Spotykam się ze znajomymi z branży, klientami i wciąż wraca temat: co komu ostatnio zlikwidowali.
Jeden z oddziałów jego firmy zrezygnował z karnetów sportowych dla pracowników. Ale to nic! Szefostwo Michała wciąż przygląda się podziałowi obowiązków między pracownikami. - Jeśli tylko zobaczą, że ktoś może zostać zastąpiony przez innych, wręczają mu zwolnienie. Więc robię wszystko, że pokazać, że jestem niezastąpiony.
Michał narzeka, że dostaje mniej gadżetów do rozdania klientom.
- Gadżety to nic - wzrusza ramionami Marcin Kruk. Niedługo skończy 40 lat. Obecnie pracuje na wysokim stanowisku w dużym koncernie samochodowym. - U nas nikt się nie patyczkuje - mówi Marcin. Jego firma na bezrobocie wysłała kilkadziesiąt osób. Potem m.in. obcięła pensje menedżerów, i to nawet o jedną trzecią. Bardzo mocno zmniejszyła flotę aut służbowych. - Ale i tak wszyscy się cieszą, że pracują - mówi.
W tej samej branży (zakład produkujący podzespoły motoryzacyjne) pracuje Iwona Rejzer. - Jak ma się trzydziestkę na karku, to stabilizacja zawodowa jest ważna - stwierdza. Na hasło "oszczędności" przestaje nad sobą panować. - Mamy obrót kilka procent większy niż przed kryzysem. I do tego świetne wyniki, czym szef się chwali, biegając od gazety do gazety - opowiada. - Jednocześnie tłumacząc się ciężkimi czasami, zlikwidował piknik firmowy, darmową kawę, ściął wyjazdy służbowe do minimum, czyli wyłącznie do wizyt na targach. W zamian nie dostaliśmy nic, nawet obietnicy, że będzie lepiej. Wszyscy chodzą sfrustrowani - Iwona kiwa głową z dezaprobatą. Na pytanie, czy nie jest to przypadkiem wyraz zapobiegliwości szefa, Iwona wzrusza jednak ramionami.
Według pracowników kryzys bywa tylko pretekstem. Próbuje nas o tym przekonać Anka Kowalska, księgowa firmy zarządzającej nieruchomościami.
- Kryzys nas nie dotyka, bo przecież to nie deweloperka. Ale szef i tak obciął wszystkim wczasy pod gruszą. Usłyszeliśmy tylko: kryzys. I na tym się skończyło.
Festynu nie będzie Firmy niechętnie opowiadają o oszczędnościach dotykających pracowników. W niejednym przedsiębiorstwie słyszymy: Na ten temat się nie wypowiadamy albo dostajemy wymijające e-maile o "dokładnym przyglądaniu się kosztom", "weryfikacji strategii" etc.
Grupa Nowy Styl z branży meblowej rozstała się z 780 pracownikami. Co roku w Krośnie organizowała dla zatrudnionych wielką imprezę na ok. 7 tys. osób. Przygotowania do niej zaczynały się już rok wcześniej. W tym roku imprezy nie będzie. - Organizowanie festynu byłoby nieetyczne wobec zwalnianych pracowników - tłumaczy Roman Przybylski, członek zarządu Grupy. A to nie koniec. Pracownicy z Krosna nie jeżdżą sami do siedziby zarządu w do Krakowa. Zbierają się w grupy i jadą wspólnym
autem - żeby nie tracić pieniędzy na paliwo. W dobrych czasach każdą markę klientowi przedstawiał inny menedżer. Teraz każdy uczy się o wszystkich markach. Dzięki temu również oszczędza się na paliwie.
Największy polski operator telekomunikacyjny, Grupa TP, dogadał się w ubiegłym roku ze związkami zawodowymi. I już wdrożył program oszczędnościowy. W ramach dobrowolnych odejść Grupę TP opuści w ciągu trzech lat do 4,9 tys. pracowników.
Tnie też wydatki reklamowe, zmienia plany inwestycyjne, renegocjuje umowy z dostawcami. - Ograniczymy m.in. ilość szkoleń, wyjazdów służbowych, imprez integracyjnych dla pracowników. Zmniejszymy flotę samochodów służbowych i zarazem obniżamy ich klasę - wymienia Wojciech Jabczyński, rzecznik Grupy TP, ale zastrzega: - Nie zrezygnowaliśmy z obiecanych podwyżek, które pracownicy niedawno otrzymali. Zamierzamy również utrzymać szereg istotnych zdobyczy socjalnych, jak np. firmowy OFE i dostęp do opieki medycznej dla wszystkich pracowników.
Na swoim firmowym blogu rzecznik pisze, że ok. 30 proc. komputerów pracowników Grupy TP pozostaje włączone na noc. I prosi o zmianę tego nawyku. Dzięki temu firma miesięcznie zaoszczędzi na prądzie ok. 30 tys. zł, a rocznie 360 tys. zł.