Karasiński bakcyla podróżowania połknął podczas wyprawy rowerowej do Afryki w 1995 roku. Tak mu się spodobało, że postanowił, że będzie zarabiał zwiedzając świat i pokazując go innym ludziom. Nie chciał jednak urządzać masowych wycieczek, ale coś czego jeszcze biura podróży w Polsce nie proponowały.
Bez wylegiwania się
Postanowił organizować wycieczki wyłącznie dla małych grup. Chciał, żeby były to wyjazdy trampingowe, czyli bez z góry ustalonej ściśle trasy, zarezerwowanych czterogwiazdkowych hoteli, autokaru wożącego z miejsca do miejsca. Zamiast oglądania muzeów i wylegiwania się na plaży klienci mieli jeździć na wycieczki w dzikie miejsca, pokonywać ciężkie górskie szlaki, spotkać niezwykłych ludzi jak Indianie Yanomami w Amazonii.
Karasiński zaraz po powrocie do kraju założył firmę MK Tramping. Na początku siedzibę umieścił w prywatnym mieszkaniu. Początki działalności nie były łatwe. Brakowało pieniędzy na reklamę. Za 600 zł biznesmen zrobił plakaty. Sam rozklejał je na krakowskich uczelniach. Żeby reklamować swoją firmę, zaczął także brać udział w spotkaniach podróżników. Opowiadał, gdzie warto pojechać, rozdawał ulotki. W końcu zgłosili się do niego pierwsi klienci. W 1996 r. zorganizował pierwszy wyjazd dla czterech osób na Bliski Wschód.
Informacje o miejscach, gdzie miał jechać, zdobył z książek, opowieści podróżników, angielskich czasopism.
Nie zamówił wcześniej dla klientów noclegów. Miał powypisywane miejsca, gdzie warto się zatrzymać i gdzie można spać. Wszystko miało być spontaniczne.
Przez pierwsze dwa lata biuro nie przynosiło jednak zysku. Karasiński zorganizował zaledwie kilka wypraw.
Godzinami czekał, aż ktoś zadzwoni w sprawie wycieczki. W końcu wykonał ruch va bank. Zamówił na kilka miesięcy reklamę w branżowym miesięczniku o podróżach. Telefony rozdzwonił się natychmiast. W ciągu zaledwie miesiąca Karasińskiemu udało się zebrać chętnych na dwa wyjazdy: do Indonezji oraz Ameryki Południowej. Szybko zaczęła działać poczta pantoflowa. Jego klienci byli zadowoleni z wypraw, więc opowiadali o nich znajomym.
Firma zaczęła przynosić zyski. Wkrótce właściciel MK Tramping zaczął zatrudniać ludzi na umowę o dzieło. Teraz w firmie pracuje 12 etatowych pracowników i 20 współpracowników.
Po kilkunastu latach działalności Karasiński ma już też zaprzyjaźnionych przewodników po dżungli, firmy wynajmujące jeepy, noclegi, do których wraca. Przeważnie podróżuje też wypróbowanymi trasami.
Zdarza się jednak, że plan wycieczki ulega zmianie, bo np. droga jest zalana, i nie można dalej jechać, albo grupa woli zobaczyć inne miejsce. Dlatego klienci, którzy wybierają wyjazdy trampingowe, dokładnie nie wiedzą, czym będą podróżować, śpią nieraz w kiepskich hotelach, murzyńskich chatach, pod gołym niebem.
Z jego klientami podróżują piloci, którzy są specjalistami od danych krajów: znają tamtejsze zwyczaje, język, firmy wynajmujące np. minibusy, wiedzą np., do której chaty trzeba pójść, żeby znaleźć wodza Indian.
Prawnik na urlopie
W ubiegłym roku z firmą Karasińskiego podróżowało już półtora tysiąca osób, z czego jedna trzecia to stali klienci. Są to zazwyczaj osoby w wieku 30-45 lat, przedstawiciele wolnych zawodów, m.in. lekarze, prawnicy, wykładowcy uczelni wyższych. Dlaczego oni? Otóż wycieczki MK Tramping trwają przeważnie trzy, cztery tygodnie. Zazwyczaj na tak długi urlop stać tylko przedstawicieli wolnych zawodów. Poza tym każdy taki wyjazd sporo kosztuje: kilka, kilkanaście tysięcy złotych plus koszty przelotu, czyli kolejne kilka tysięcy zł np. za 33-dniowa wyprawę do Tajlandii, Kambodży, Laosu i Myanmar trzeba zapłacić 3260 dol. (ok. 7100 zł) plus przelot 3,1-4 tys. zł, łącznie 10-11 tys. zł. - Jednak mam także klientów, którzy nie mają samochodów, mieszkają w kawalerkach, ale biorą kredyt i jadą - mówi Karasińki. Z MK Tramping wyjeżdża także wielu prezesów dużych firm. Na co dzień żyją w luksusach, więc raz do roku chcą zarzucić plecak na plecy i podróżować jak za młodu.
Ostatnio Karasiński otrzymuje mnóstwo maili od osób z zagranicy, głównie od Polonii z Anglii czy Irlandii.
Dlatego biznesmen już myśli o rozszerzeniu działalności. Zamierza sprzedawać wycieczki za granicą za pośrednictwem tamtejszych biur podróży.
Jak założyć taką firmę?
Inwestycje
Karasiński na start wyłożył 600 zł. Zrobił za to plakaty reklamujące firmę. Później wydał jeszcze 2 tys. zł na katalogi i trzy na reklamę w gazecie. Teraz jednak kilka tysięcy złotych to zdecydowanie za mało na otwarcie biura podróży. Trzeba wydać ok. 100 tys. zł na wynajem, urządzenie biura, zatrudnienie i przeszkolenie pracowników (w tym pilotów wycieczek), zrobienie katalogów oraz wykupienie reklam. Można jednak zacząć od otworzenia działalności przy istniejącym biurze podróży. Wydatek to wynajęcie biurka. Suma zależy od umowy z danym biurem. Może być tylko kilkadziesiąt złotych. Z biurem podróży można wystartować, zakładając tylko stronę internetową i w ten sposób zbierać grupę na pierwszą wyprawę. Jeśli klienci będą z niej zadowoleni, będą się zgłaszać z ich polecenia kolejni.
Reklama
Najlepszą reklamą dla MK Tramping jest poczta pantoflowa. Najwięcej osób zgłasza się do biura właśnie dlatego, że dowiedzieli się o nim od osób, które już były na wyprawach. Karasiński stawia przede wszystkim na programy lojalnościowe dla stałych klientów, m.in. mają oni zniżki na wyjazdy, dostają różne gadżety, mogą dobrać sobie uczestników wyprawy. Klienci mają wpływ na ostateczny program wyjazdu. Poza tym MK Tramping reklamuje się w branżowych czasopismach. Miesięcznie na reklamę Karasiński wydaje ok. 5-20 tys. zł (w zależności od sezonu, najwięcej na wiosnę i wczesną jesienią, najmniej w wakacje).
Ile można na tym zarobić
Organizowanie wypraw przynosi MK Tramping średnio 15-20 tys. zysku miesięcznie. Najgorsze miesiące dla Karasińskiego to te wiosenne i tuż przed wakacjami, ale za to podczas sezonu (lipiec-sierpień, listopad, luty-marzec) zarabia kilkakrotnie więcej, nawet 50 tys. miesięcznie.