Aby zrozumieć, dlaczego absurdy w wynagrodzeniach kadry zarządzającej tak działają na nerwy akcjonariuszom, wystarczy spojrzeć na Gary'ego Forsee. W 2003 roku wynegocjował on z operatorem telekomunikacyjnym Sprint pakiet wynagrodzenia, który gwarantował mu bogate życie niezależnie od tego, czy da radę przywrócić na dobrą drogę borykającą się z problemami firmę.

Zobacz galerie na stronach Forbes.com:
Gdzie bywają byli prezesi
Najlepsi prezesi
Kto tyle zarabia?
Kobiety górą!
Najmłodsi bogaci
Szefowie z zagranicy Miliony dolarów odprawy Na początek Sprint zapłacił mu 6,5 miliona dolarów w gotówce i akcjach za samo odejście z BellSouth, gdzie zajmował stanowisko numer dwa. Firma kupiła również jego dom w Atlancie, z którego przeprowadził się do Kansas City. Za pracę Forsee dostawał od 1,5 do 5 milionów dolarów rocznie. Jedynym widocznym rezultatem jego działań była fatalna w skutkach fuzja z Nextelem i obniżka ceny akcji Sprint z 25 dolarów za sztukę dwa lata temu do 7,40 dziś.
Pod koniec 2007 roku został zwolniony "bez powodu." Jednak kontrakt negocjował dobrze. Dostał od byłego pracodawcy 40 milionów dolarów, z tego 1,5 miliona wypłaty liczonej jak gdyby pracował do końca 2009 roku, 5 milionów dodatków, prawa do akcji i akcje warte 23 miliony oraz dożywotnią emeryturę w wysokości 84 tys. dolarów miesięcznie. Zupełnie jakby dalej kierował firmą. Aha, do tego Sprint zapłacił za "usługę przeniesienia", dzięki której Forsee objął kierownictwo Uniwersytetu stanu Missouri (gdzie jego roczna pensja z dodatkami wynosi 500 tys. dolarów).
Wygrana na loterii W dzisiejszych czasach rady nadzorcze, pod przykrywką płacenia za osiągnięcia, beztrosko przyznają wielkie pieniądze prezesom, zarówno tym, którzy zwiększają wartość firmy, jak i tym, którzy ją niszczą. Gdzieś po drodze samo zostanie prezesem, niekoniecznie dobrym, zaczęło się równać wygranej na loterii.

W 2007 roku, prezesi otrzymali wynagrodzenia o 15 proc. mniejsze, i dobrze, ponieważ zwrot z inwestycji na S&P 500 spadł o dwie trzecie i wynosi teraz 5,5 proc.. Średnia płaca to 1,1 miliona dolarów, a łączne wynagrodzenie 12,8 milionów. Jednak, jak widać z naszych corocznych badań (które porównują zarobki akcjonariuszy z tym, co dostają szefowie), wielu prezesów dostaje znaczne sumy za beznadziejne wyniki. Na przykład, J. Willard Marriott z Marriott International jest jedną z najmniej sprawiedliwie wynagradzanych grubych ryb. W 2007 dostał o 22 proc. więcej, czyli 44 miliony dolarów, podczas gdy akcje inwestorów spadły o 28 proc.
Kolejna miernota, Nolan Archibald z Black&Decker zarobił 269 proc. więcej, czyli 34 miliony dolarów, podczas gdy akcje jego firmy spadły o 13 proc. Czy to tylko błąd statystyczny wynikający z wyjątkowo słabego roku na giełdzie? A może to, że liczymy opcje na akcje, gdy zostaną wykorzystane, a nie nadane? Nie. W naszych badaniach przyglądamy się sytuacji również bardziej długoterminowo. Porównujemy płace przez sześć lat z osiągnięciami w tym okresie i przez cały okres, gdy dany szef urzędował. W łącznej ocenie w kategorii wyniki/płaca Marriot jest na 18 miejscu spośród 175 prezesów w rankingu. Archibald uplasował się na 31 miejscu od końca. (Forsee nie pracował wystarczająco długo w Sprincie, aby zostać sklasyfikowanym.)
Każdy dostaje trofeum W Eli Lilly, wzrosty wynagrodzenia, dodatki i nagrody za osiągnięcia długoterminowe przyznawane są na podstawie wskaźnika zysku netto przypadającego na akcje (EPS). Innymi słowy za osiągnięcie jednego celu zarabiają trzykrotnie. Co więcej, nie jest to trudne, ponieważ wymagane są jedynie średnie rezultaty w odniesieniu do innych firm. Jeśli i to się nie uda, dodatki nie znikają, ponieważ szefostwo dostaje po prostu "wypłatę za wyniki poniżej celu." Sidney Taurel, do końca marca prezes, a obecnie przewodniczący rady nadzorczej, dostał w 2007 roku 9,5 miliona dolarów. W tym czasie akcje Lilly podrożały o 3 proc., odrobinę poniżej średniej dla S&P 500. W szerszej perspektywie sprawy również nie wyglądają za różowo - Taurel nie jest co prawda w rankingu, ponieważ nie jest już prezesem, ale w zeszłym roku był dziewiąty od końca na 189 miejsc.
- To przypomina trochę ligę piłki nożnej dla czwartoklasistów, gdzie każdy dostaje trofeum. Nie można tego nazwać zapłatą za osiągnięcia - mówi Nell Minow z Corporate Library, organizacji zajmującej się oceną korporacji.
Różne sposoby Wielkie korporacje posunęły się daleko, aby zachować status quo. Po aferze Enron, gdy słowo reforma znajdowało się na ustach wszystkich, kadra zarządzająca narzekała na wysokie koszty związane z Ustawą Sarbanes-Oxley (m.in. wprowadziła wysokie standardy badań sprawozdań finansowych i nowe wymogi dotyczące odpowiedzialności kierownictwa i niezależności audytorów). Ruszyli jednak do obrony swojej twierdzy, gdy SEC (Amerykańska komisja papierów wartościowych i giełd) zaproponowała wprowadzenie dla akcjonariuszy mechanizmu "proxy access", czyli nadania im możliwości nominowania niezależnych kandydatów do kierownictwa, co mogło oznaczać koniec festiwalu wypłat. Inicjatywie ukręcono łeb poprzez lobbowanie w Białym Domu. Skarcona SEC odpowiedziała na to opracowaniem nowych zasad ujawniania wynagrodzeń. Obejście ich nie stanowiło najmniejszego problemu. Jakkolwiek by nie patrzeć, zarobki prezesów wynosiły w 1980 roku 40-krotność dochodów przeciętnego pracownika, a dzisiaj jest to 433 razy więcej. Z badania przeprowadzonego w 2005 roku przez Luciana Bebchuka z Harvard Business School i Yaniva Grinsteina z Cornell University, najlepiej opłacani prezesi dostają 10 proc. dochodów firm.
Rady nadzorcze korporacji są piekielnie sprytne w obmyślaniu sposobów na nagradzanie kierowników niezależnie od tego, czy dadzą zarobić akcjonariuszom, czy nie. Oto niektóre z nich:
Złote do widzenia W zeszłym roku Robert Nardelli, który osiągnął mierne wyniki w Home Depot, odszedł z 210 milionami dolarów. Było za późno na jakiekolwiek narzekania, ponieważ prawdziwy grzech rada nadzorcza popełniła wiele lat wcześniej, przyciągając Nardelliego z General Electric. Jego kontrakt zakładał 90 proc. uposażenia niezależnie od wyników i wartą gigantyczne pieniądze odprawę.
Podobnie postąpił Citogroup z nowym prezesem Vikramem Panditem. Aby go zdobyć, bank zapłacił 241 milionów dolarów, w tym: 165 milionów za udziały Pandita w funduszu hedgingowym Old Lane Partners (ćwierć jego wartości firma już musiała odpisać od dochodów), akcje, opcje na akcje zależne od wyników warte podobno 48 milionów i 250 tys. dolarów pensji. Może jeszcze się okazać geniuszem zarządzania, ale na razie ciągle odczuwa skutki pomyłek swoich poprzedników. Od kiedy jest na stanowisku, akcje Citi straciły dalsze 25 proc.
Staranne dobieranie porównań Jednym ze sposobów rad nadzorczych na ucieczkę od krytyki jest twierdzenie, że wysokie płace to norma. Dlatego porównują wynagrodzenie kierownictwa z innymi firmami. Oszukują jednak, umieszczając w grupie porównawczej "firmy dążeniowe", czyli większe, odnoszące znaczne sukcesy i bardziej szczodre.