I poszła. Teraz prowadzi w Rybniku kawiarnię dla rodziców z dziećmi.
Najpierw zamierzała otworzyć sklep z odzieżą używaną, ale po zastanowieniu doszła do wniosku, że tu gwarancją sukcesu są dojścia do hurtowni z fajnymi ubraniami. Bała się, że interes może nie wypalić.
Zwróciła uwagę, że wielu jej znajomych narzeka, na brak kawiarni albo restauracji przyjaznej rodzicom z dziećmi, miejsca, gdzie dorosły w spokoju wypije kawę albo zje
obiad, a
dziecko w tym czasie będzie miało zajęcie.
Postanowiła, że otworzy Muffin Café, kawiarnię dla wszystkich, ale przystosowaną do potrzeb rodziców z dziećmi. "Dobrze wiemy, że dziecięcy żywioł potrzebuje inspirującej i bezpiecznej przestrzeni. Dlatego jest u nas bawialnia i kojec dla maluchów, stoliki dla najmłodszych i wysokie krzesła do karmienia. Łazienka jest dostosowana do potrzeb małych gości" - czytamy na stronie internetowej kawiarni.
Renata pomysł trzymała w tajemnicy, nawet przed bliskimi. Chciała im o wszystkim powiedzieć, dopiero jak znajdzie lokal. - Zaczęłam czegoś szukać i zorientowałam się, że to będzie kosztowało. W centrum Rybnika były zabójcze ceny. Mogłam tam wynająć lokal za prawie 7 tys. zł miesięcznie, a znalazłam za połowę tego, tyle że pięć minut od centrum. Kiedyś był tam pub i właściciel bardzo się zdziwił, że chcę tu otworzyć lokal
dla dzieci - mówi Renata.
Z remontem uwinęła się w dwa i pół miesiąca. Wynajęła projektantkę Monikę Stanek (kosztowała 2 tys. zł). - Nasz lokal ma 100 metrów kw., a biura projektowe liczyły sobie ok. 5 tys. za zaprojektowanie 70 metrów - mówi Renata. - Monika ma trójkę dzieci i doskonale wiedział, o co mi chodzi. Miało być dla dzieci, ale nie infantylnie. Wyszło idealnie.
Lokal rzeczywiście robi wrażenie, jest przytulnie, kolorowo, ale nie dziecinnie. Ściany zdobią naklejone sowy. Z tyłu jest kącik dla najmłodszych z wygodnym dużym kojcem dla małych dzieci, zabawkami, stoliczkami i tablicą do rysowania.
Stoły (musiały mieć zaokrąglone rogi), kojec (jest odpowiedniej wysokości, stabilny, bez niebezpiecznych kantów, wyścielony materacem) i kanapy, na których siedzi się przy stolikach, Renata zamówiła u stolarza. - Można było kupić w Ikei, ale żadne nie pasowały wymiarami. Zależało mi, żeby na kanapie mogło usiąść dwoje rodziców plus bok, na którym siedzi dziecko - opowiada właścicielka Muffin Café.
Na remont, wynajęcie robotników, urządzenie lokalu, kupienie mebli, telewizora, sprzętu na zapleczu, zabawek i bibelotów Renata razem ze wspólniczką wydały 100 tys. zł.
- Musiałyśmy mieć też zapas - 50 tys. zł - na przetrwanie przez jakieś pół roku. Żeby nie zabrakło nam optymizmu, jakbyśmy nie zarabiały.
Jej syn jest ogromnym fanem muffinek, stąd nazwa kawiarni: Muffin Café.
- Myślałam, że jestem taka oryginalna, bo wymyśliłam fajną nazwę i będę sprzedawała muffinki domowej roboty za 2 zł. Aż tu pewnego dnia przychodzi klientka i mówi, że jest już lokal o takie nazwie w
Krakowie. Źle się z tym czuję, że nie jestem pierwsza - uśmiecha się Renata.
Zatrudnia trzy osoby: dwie panie w kuchni, jedną panią przy barze oraz dorywczo osoby prowadzące warsztaty. Stronę internetową (
www.muffincafe.pl ) założył znajomy, a administratorem jest mąż pani Renaty. Znajdziemy na niej m.in. informacje o warsztatach i imprezach, które odbywają się w Muffin Café.
Renata: - Jesteśmy otwarci na wszystkich, ale chcemy, żeby przychodzili do nas
rodzice z dziećmi na obiad albo deser. Uwielbiam widok całych rodzin grających przy stolikach w gry planszowe. Organizujemy też ciekawe warsztaty dla dzieci, spotkania, przedstawienia teatralne. Chcemy, żeby dużo się u nas działo, żeby to było ciekawe miejsce. Myślę, żeby otworzyć w czwartki klub malucha, żeby przychodziły do nas dzieci, które nie uczęszczają do przedszkola.
Czy otwierając lokal, popełniła jakieś błędy? - Tak. Wynajęłam człowieka, który w dniu otwarcia miał chodzić po mieście i zachęcać do odwiedzenia Muffin Café. A on podrywał dziewczyny - mówi Renata.