Dominika Pszczółkowska: Plan ratowania europejskiej gospodarki zaproponowany w środę przez Komisję nie określa dokładnie, ile powinny zrobić poszczególne kraje. Co powinna zrobić Polska? Joaquin Almunia, komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych: Polskie władze powinny rozważyć, czy sytuacja w waszej gospodarce jest taka, że wymaga fiskalnego impulsu. Komisja nie będzie niczego narzucać, ale uważamy, że powinniśmy koordynować swoje działania poprzez dyskusje, wymienianie się najlepszymi praktykami.
Przedstawiając plan antykryzysowy, mówił pan o tym, że niektórym krajom będzie wolno tymczasowo nieco zwiększyć deficyt budżetowy ponad wymagane 3 proc. Czy dotyczy to także Polski? - Klauzula o wyjątkowych okolicznościach jest zapisana w Pakcie Stabilizacyjnym, nie wymyśliliśmy jej dziś. Jeśli są wyjątkowe okoliczności, nie zostanie wobec danego kraju otwarte postępowanie za nadmierny deficyt.
Ale czy okoliczności w Polsce są wyjątkowe? - Za wyjątkową sytuację można by uznać poważne spowolnienie gospodarcze. W przypadku Polski go nie ma i mam nadzieję, że nie będzie. A wtedy nie będziecie pod presją, aby zwiększać deficyt.
Dziś wyjątkowo trudno przewidzieć, jaki będzie wzrost gospodarczy, inflacja, deficyt budżetowy. Czy w takich warunkach np. Polska może przygotować wiarygodny plan dojścia do euro? - To zależy od woli politycznej. Z całą pewnością z gospodarczego punktu widzenia nie jest to niemożliwe. Można wręcz powiedzieć, że euro i perspektywa wejścia do euro w niektórych krajach zapewnia ochronę przed jeszcze większą niepewnością, nieprzewidywalnymi wydarzeniami z zewnątrz.
Widać to było np. na Słowacji, gdzie korona była pod o wiele mniejszą presją, bo od 1 stycznia 2009 r. ten kraj przyjmuje euro. Jednak na przykład w Irlandii mówi się o tym, że uczestnictwo w strefie euro i niemożność samodzielnego regulowania stóp procentowych przyczyniły się do "bańki" na rynku nieruchomości, której pęknięcie zapoczątkowało kryzys gospodarczy. - Nie zgadzam się z tym. Jeśli jakiś kraj skorzystał na członkostwie w Unii Europejskiej i w strefie euro, to właśnie Irlandia. Była najbiedniejszym krajem Unii do wejścia w 1986 r. Hiszpanii i Portugalii, a dziś jest drugim najbogatszym, jeśli wziąć pod uwagę PKB na głowę mieszkańca. To dzięki Unii, unijnym funduszom i euro. To prawda, że dziś jest w trudnej sytuacji m.in. z powodu kryzysu na rynku nieruchomości, ale taki kryzys dotknął wielu krajów. Z tego co wiem USA, Wielka Brytania czy Australia nie należą do strefy euro...
Kilkakrotnie mówił pan, że w najbliższych dwóch, trzech latach nikt nie spełni warunków członkostwa w euro. A potem? - Dania spełnia wszystkie kryteria i wygląda na to, że rozważają zmianę wynegocjowanego wyjątku od traktatu. Potem mamy Polskę, która ma już mapę drogową i wolę wejścia w 2012 r. Trzy kraje bałtyckie dziś są w trudnej sytuacji gospodarczej, ale chcą wejść jak najszybciej, są członkami ERM2. Mają problemy z inflacją, zobaczymy, czy w przyszłości spełnią wszystkie kryteria. Węgry twierdzą, że chcą być członkiem, gdy będą w stanie spełnić kryteria. To samo Bułgaria i Rumunia, choć mają więcej kłopotów. Wreszcie są Czesi, którzy na razie nie stawiają sobie członkostwa jako celu.
Wymienił pan te kraje w kolejności, w której mają szanse wejść do strefy euro? - Mamy też jeden przypadek polityczny - Szwecję, która w 2003 r. odpowiedziała w referendum "nie", ale teraz wygląda, że być może zmienia zdanie. Szwecja może wyprzedzić innych. No i jest jeszcze Wielka Brytania, w sprawie której nie wygłoszę żadnego komentarza.
Czyli kto wejdzie do strefy euro jako pierwszy po Słowacji? - Może to być Polska, może być jeden kraj bałtycki. Jednak najbardziej prawdopodobne, że będzie to Dania.
A jaka byłaby dla Polski i Polaków główna korzyść z wejścia do strefy euro? - Kilka miesięcy temu analizowaliśmy, jakie korzyści odnieśliśmy w pierwszej dekadzie istnienia wspólnej waluty. To stabilność gospodarcza i cenowa, niższe stopy procentowe, lepsza ochrona przed niespodziewanymi negatywnymi czynnikami z zewnątrz, większa wiarygodność, która pozwala przyciągać więcej inwestycji z innych krajów. Nie ma też oczywiście ryzyka kursowego. Euro przyniosło też korzyści polityczne. Strefa euro i poszczególne kraje do niej należące mają mocniejszą pozycję w stosunku do innych.
A ile trzeba za to zapłacić? Kraje muszą narzucić sobie pewną dodatkową dyscyplinę. Te, które zreformowały swe gospodarki i zwiększyły konkurencyjność mają lepszą pozycję. Ci, którzy tego nie zrobili, tracą w konkurencji z innymi. To szczególnie ważne w czasie kłopotów gospodarczych takich jak dziś. Silniejsi szybciej dostosują się do nowej sytuacji.