Stworzył Pan świat, w którym jest już dwóch Bradów Pittów, trzech George'ów Bushów i trzech Aleksandrów Kwaśniewskich.
Ale jest w nim też jeden prawdziwy Lech Wałęsa, ma nawet specjalny numer, 1980.
I każdego internautę wita słowami: "Zaczynamy i kończymy - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus".
To dla mnie fascynujące: stworzyłem narzędzie, które stało się ważnym elementem życia - jak telefon czy telewizor - choć oczywiście na początku nie miałem pojęcia, jakie będą skutki moich pomysłów. A teraz dzięki Gadu--Gadu poznały się pary, rozbiły małżeństwa, przyszły na świat dzieci. W wakacje ogłosiliśmy konkurs na miłość, która zaczęła się przez Gadu-Gadu. Zwyciężyła para Dorcia i Dart. Dziewczynie Gadu-Gadu zainstalował o dziesięć lat młodszy brat. Pewnego dnia w wyszukiwarce znalazła ludzi z Olsztyna, w którym mieszkała. Zwróciła uwagę na charakterystyczne nazwisko Darta i zagadała do niego. Po kilku miesiącach spotkali się w prawdziwym świecie, a dziś są małżeństwem.
W internecie pojawiła się generacja Gadu-Gadu.
To bardzo różni ludzie, dzieli ich wiek, zawód, ale łączy korzystanie z Gadu-Gadu. A czasami coś jeszcze. Umożliwiliśmy ludziom korzystającym z komunikatora tworzenie własnych grup zainteresowań. Tak odnajdują się pasjonaci modelarstwa, zbieracze kart telefonicznych albo fani serialu "M jak miłość". Można też sprawdzić, z kim aktualnie da się pogadać o grze na giełdzie albo o psychoterapii. Przez Gadu-Gadu łączymy kibiców drużyn piłkarskich i tych, którzy uczą się języków obcych - mogą przez komunikator rozmawiać po angielsku, francusku, a nawet ponad 200 osób porozumiewa się po japońsku.
Gadu-Gadu to przykład prowincjonalności polskiego internetu? Przecież już wcześniej powstało ICQ, też komunikator internetowy. Tyle że trzeba było chociaż trochę znać angielski, żeby go zainstalować - a w Gadu-Gadu wszystko jest po polsku.
Świadomie nie chciałem innych wersji językowych. Jak ktoś wchodzi do Gadu-Gadu, to wie, że nie będzie go zaczepiał ktoś ze Stanów czy Rosji, w obcym języku.
Gdzieś na świecie jest jeszcze taki lokalny komunikator?
W Chinach - nawet się nazywa podobnie - QQ.com. Ma 160 milionów użytkowników. Siła takiego komunikatora polega właśnie nie tyle na programie, ile na społeczności - wchodząc do ICQ, wchodzi się do społeczności międzynarodowej, a w Gadu-Gadu do lokalnej, polskiej.
Gadu-Gadu to taka piracka kopia ICQ?
Byłem jednym z pierwszych użytkowników amerykańskiego ICQ, ale już wcześniej myślałem o podobnym programie. A mam zasadę, że jak coś mi się podoba, to powinno się podobać też innym użytkownikom.
I sprawdza się?
Tak. Gadu-Gadu opierało się na pomyśle ICQ, ale nie może być mowy o piratowaniu - to zupełnie inny, napisany od podstaw komunikator. Tak samo jak pirackie nie są inne komunikatory, Skype, Windows Messenger czy polski Tlen albo WPKontakt. Każdy działa na podobnej zasadzie, ale trochę inaczej ją realizuje i jest inaczej napisany. Gdyby Gadu-Gadu uznać za piracką wersję ICQ, to należałoby też uznać, że telefony komórkowe to piracka wersja sieci TP SA.
Ze mną było tak: kiedy koncern America Online kupił ICQ za 600 milionów dolarów, pomyślałem, że mógłbym napisać coś podobnego i zarobić.
Czyli od początku chodziło o pieniądze, a nie o marzenia zapalonego programisty?
Jedno drugiemu nie przeszkadza. Już w szkole średniej zacząłem inwestować na giełdzie. Śledziłem informacje biznesowe i kombinowałem, w co warto włożyć pieniądze. Dzięki temu dziś mam już piętnastoletnie doświadczenie.
Ale już wcześniej pasjonowałem się programowaniem. Potem zająłem się pracą, ale ciągle myślałem, żeby napisać jakiś swój program, który mógłby odnieść sukces. W Polsce były już telefony komórkowe, a operatorzy sieci udostępnili bramki internetowe, przez które można było za darmo wysyłać SMS-y. Wtedy powstała myśl, żeby napisać SMS-Express. Łatwy w obsłudze program do wysyłania SMS-ów. Pamiętam, że bardzo spodobał się mojemu koledze z pracy, a to był już dla mnie sygnał, że to udany pomysł. Udostępniłem go więc innym w internecie. Od początku też "kolekcjonowałem" użytkowników. Przy rejestracji SMS-Express trzeba było podać swój e-mail. Dzięki temu tworzyłem sieć użytkowników, która podwyższała wartość programu.
Ale operatorzy komórkowi mogli w każdej chwili odciąć dostęp SMS-Expressowi do swoich bramek.
Dlatego wiedziałem, że w takiej postaci program nie ma większej przyszłości. Początkowo planowałem, by sprzedać go jakiemuś pismu komputerowemu, mogliby go wydać na CD-ROM-ie, mieliby taki oryginalny bajer. Ale rosła liczba użytkowników i pomyślałem, że sam więcej na tym zarobię, gdy na jego podstawie stworzę komunikator internetowy.
To jedno ze sztandarowych założeń nowej gospodarki internetowej - najpierw coś dać za darmo, stworzyć sieć, żeby potem na tym zarabiać.
Sprawdziło się. Chociaż kilka lat temu, po pęknięciu bańki internetowej, wyśmiewano to założenie, mówiąc, że przecież użytkownicy nie przekładają się bezpośrednio na dochody. Dziś jednak widać, że to jest dobry model. Znowu zaczyna się liczyć to, że mam wielu lojalnych użytkowników. I oni nie muszą sami mi płacić - pieniądze można zdobywać na różne sposoby, choćby z reklamy, która dociera do tych użytkowników.
Ale najpierw to Pan zaczął szukać pieniędzy.
Ja już wtedy miałem dziecko, a nie miałem mieszkania. Rozwój komunikatora wymagał więcej pieniędzy - na serwer, na pracę programisty. Zacząłem się rozglądać za inwestorem. Miałem do zaoferowania bazę 60 tysięcy użytkowników. To było takie amerykańskie podejście - mieć pomysł, rozpoczętą pracę i szukać inwestora. Wtedy człowiek nie musi sam się zapożyczać, ryzykować swoim majątkiem w razie niepowodzenia.
Trudno było znaleźć inwestora, żeby stworzyć Gadu-Gadu?
Łatwo. Mój projekt był tani.
Akurat szukałem pracy na zlecenie, bo zaczęło mi brakować pieniędzy. Trafiłem do nowego projektu internetowego związanego z
e-commerce, którego twórca potrzebował inwestora. Tamten projekt dopiero startował i to, co zrobiłem, było na zasadzie pracy w zamian za udziały. Dość szybko go porzuciłem, całość zresztą nie wypaliła, ale przy okazji rozmów z ewentualnymi inwestorami o tamtym projekcie przedstawiałem też mój pomysł.
Tłumaczyłem, że to będzie komunikator, który wprowadzimy "na plecach" SMS-Express. I na dokładkę będzie miał przewagę nad ICQ, bo będzie po polsku i jeszcze będzie miał możliwość darmowego wysyłania SMS-ów.
W komunikator postanowił zainwestować Warsaw Equity Holding - mają 80 proc. udziałów, a ja resztę. Warsaw Equity Holding inwestował w firmy nowoczesnych technologii - między innymi Korkonet, który przez SMS--y informował o korkach na drogach. A mój pomysł był prosty i realny - tworzę komunikator na polski rynek, a potem sprzedajemy go jakiemuś portalowi. Potrzebowałem 700 tys. złotych, czyli tylko 200 tys. dolarów. W 2000 roku to było naprawdę mało - wtedy licytowano się projektami po kilka milionów dolarów. Wydawano na nowe portale, które potem znikały z rynku.
Sam Pan pisał Gadu-Gadu?
Praktycznie sam. Czasami miałem kogoś do pomocy, ale raczej do takich pobocznych prac. To uratowało projekt. Bo pisanie przeciągało się dłużej, niż planowaliśmy. Potrzebowałem przynajmniej roku, a inwestor skrócił termin do sześciu miesięcy. Na szczęście w biznesplanie miałem zapisane dość wysokie płace dla czterech osób, a zatrudniłem jedną. Zaoszczędzone pieniądze pozwoliły przedłużyć pracę na dwa lata. Ale i tak w pewnym momencie znalazłem się na krawędzi bankructwa, firma przestała nawet przez miesiąc płacić rachunki za prąd. Musieliśmy wziąć pożyczkę. Nikt nas wtedy nie chciał kupić. A chcieliśmy za Gadu-Gadu tyle, ile dziś firma zarabia przez pół roku.
Kiedy Gadu-Gadu stało się popularne, pojawili się chętni do kupna. Co kilka miesięcy media donosiły, że ktoś zamierza kupić Gadu-Gadu. Dlaczego w końcu nie zostało sprzedane, tak jak planowaliście?
Ile razy ktoś chciał nas kupić, to uważaliśmy, że proponuje za niską cenę. Pół roku później ci sami ludzie byli gotowi zapłacić naszą cenę, ale ona tymczasem wzrastała, bo znacznie rozrastał się komunikator.
Takie finansowe błędne koło.
Trwało to kilka lat, w czasie tych przymiarek firma zdrożała wielokrotnie. Internet w Polsce rozwija się bardzo szybko. A nasza firma rozwijała się jeszcze szybciej niż możliwości polskiego internetu. Co jakiś czas ktoś mówił, że dalej już nie można, a jednak firma znowu się rozrastała. Postanowiliśmy więc przyjąć innym model biznesowy: wejść na giełdę. Niech giełda ostatecznie zweryfikuje naszą wartość.
Skoro jesteśmy przy biznesie: Gadu-Gadu to nie tylko sposób na miłe spędzenie czasu. Dla kogoś, kto prowadzi interesy w internecie, stało się niezbędnym narzędziem.
Wystarczy popatrzeć na strony sklepów internetowych, od tych dużych sieci, jak Komputronik, po najmniejsze, jednoosobowe firmy. Każda z nich ma swój numer Gadu-Gadu, pod którym można skontaktować się ze sprzedawcą. Ale nasz komunikator służy też do innych celów, np. jako telefon zaufania.
Kilka lat temu ludzie zaczęli podawać na wizytówce adres e-mailowy, a dziś coraz częściej podają też swój numer Gadu-Gadu.
Za pomocą Gadu-Gadu można już prowadzić rozmowy telefoniczne, traktować go jako własną książkę telefoniczną albo słuchać radia. Nazwa Gadu-Gadu stała się już takim ogólnym pojęciem na komunikatory, jak na buty sportowe generalnie mówi się adidasy.
W Gadu-Gadu jest całe życie, także jego ciemna strona. Zdarzają się pogróżki przez komunikator. Rok temu jedna osoba została za to skazana na dwa lata więzienia w zawieszeniu.
Czy Gadu-Gadu może chronić swoich użytkowników przed tą ciemną stroną, choćby przestępczością?
Przede wszystkim rejestrujemy i przechowujemy informacje, z jakiego IP logowali się i wysyłali wiadomości użytkownicy. Informujemy o tym użytkowników, bo chcemy, żeby wiedzieli, że osoby, które dopuściłyby się jakichś przestępstw, nie będą całkowicie anonimowe, a przez to bezkarne. Te informacje potem służą do identyfikacji osoby, która popełni przestępstwo. W podobny sposób działają wszystkie sieci telekomunikacyjne.
W zeszłym tygodniu opisaliśmy historię dwóch szesnastolatek z Bochni i Gdańska, które znały się tylko przez Gadu-Gadu. Pewnego wieczoru dziewczyna z Gdańska napisała, że popełnia samobójstwo. Policyjna psycholog tak pokierowała rozmową przez Gadu-Gadu, aby dowiedzieć się jak najwięcej o nieznanej samobójczyni. Dziewczynę udało się odnaleźć i uratować.
Ten przykład pokazuje, jak łatwość komunikacji, którą daje Gadu-Gadu, pozwala szybko zorganizować się społeczności, na przykład w celu pomocy komuś. Myślę więc, że w tej formie komunikacji jest więcej zalet i korzyści niż zagrożeń.
Czy inne komunikatory kiedykolwiek zagroziły pozycji Gadu-Gadu, czy to taki polski monopolista jak na świecie Microsoft z Windowsami?
Praktycznie nigdy. Gadu-Gadu ma 80 procent rynku komunikatorów. Dziś już mamy miesięcznie 5 milionów unikalnych użytkowników, czyli takich, którzy w ciągu miesiąca przynajmniej raz logują się do Gadu-Gadu i wysyłają wiadomość. A każdego dnia wszyscy wysyłają w sumie 500 milionów wiadomości.
Na początku Gadu-Gadu tak szybko się rozrastało, że sieć naszego dostawcy internetu nie wytrzymywała ruchu i użytkownicy nie mogli się połączyć. Musiałem biegać po mieście i szukać na gwałt nowego providera. Z tego pośpiechu nie przeczytałem dokładnie umowy - po dwóch miesiącach okazało się, że ta nowa sieć też nie wytrzymuje ruchu. A i tak musieliśmy przez rok płacić, bo groziły nam odsetki karne 2 procent dziennie. No cóż, tak właśnie zdobywa się doświadczenie biznesowe.
Kiedy był Pana pierwszy raz? Kiedy Pan napisał pierwszy program?
Chyba w ósmej klasie podstawówki. Ale zabawy z programowaniem zaczynałem, kiedy miałem 12 lat. Nie wiem, czy ten pierwszy działał - pewnie nie. Napisałem go teoretycznie.
Jak to teoretycznie?
Każdy program można napisać na kartce papieru. Mój miał umożliwiać używanie klawiatury komputera jako klawiatury instrumentu muzycznego. Napisałem ze dwie kartki tego programu. Wysłałem na konkurs. Prawdopodobnie nie działał. Tak jest z każdym programem - pierwsza wersja nie działa, dopiero jak się go zaczyna poprawiać...
Czasami nigdy dobrze nie działa.
Potem napisałem też program ułatwiający naukę angielskich czasowników nieregularnych i decydujący o przyjęciach do szkoły średniej.
Też teoretycznie?
Ten już na pewno działał, używała go moja szkoła.
Pierwszy komputer Pan pamięta?
Byłem w ósmej klasie podstawówki, a komputer to było ZX Spectrum albo Timex. Rok 1989, pecety kosztowały tyle co dobry samochód.
A Pan swojego kiedy się dorobił?
To już po szkole średniej. Współpracowałem ze świętej pamięci Markiem Sellem nad programem antywirusowym i wtedy dał mi swój stary komputer. Trochę przestarzały. Miał dziesięć megabajtów twardego dysku. Ważył chyba z 50 kilo.
I na nim Pan napisał Foltyn Commandera, z którego utrzymywał się Pan na studiach?
To był program podobny do Norton Commandera, bardzo popularnego, bo ułatwiał posługiwanie się komputerem. Mój był dziesięć razy tańszy - Norton Commander kosztował 200 zł, a Foltyn Commander - 20 zł. Miałem z niego przyzwoite źródło utrzymania - kupiły go między innymi kancelarie Sejmu i Senatu.
Po raz pierwszy skopiował Pan z powodzeniem cudzy pomysł.
To był klon, żadna piracka wersja. Nie miałem dostępu do oryginalnego kodu Norton Commandera, wszystko więc musiałem sam pisać. Inni też kopiowali ten pomysł. Do tej pory funkcjonuje popularny Total Commander, który opiera się na tym samym pomyśle, używają go nawet duże firmy. W informatyce często powstają programy z zewnątrz wyglądające podobnie, w podobny sposób obsługiwane, choć napisane są zupełnie inaczej. To trochę jak z samochodami - wszystkie maja cztery koła, a obsługuje się je za pomocą kierownicy. Ale przecież nikt nie powie, że Volvo piratuje Mercedesa.
Długo Pan zarabiał na Foltyn Commanderze?
Niestety, wtedy szybko zderzyłem się z twardą regułą biznesu, że czasami droższy program jest bardziej opłacalny. Niektórzy obawiali się kupować mojego z obawy przez protestami Symanteca, dystrybutora Norton Commandera. A w ogóle było piractwo na taką skalę, że prawie nikt się nie przejmował prawami autorskimi. To już ludzie woleli piratować droższego Nortona, niż legalnie kupić mój program.
Skąd bierze się popularność komunikatorów, w których "rozmawia" się, pisząc tekst? Przebijają popularnością nawet darmową telefonię internetową czy wideorozmowy.
Rzecz jest prosta - internauci przyzwyczajeni są do robienia kilku rzeczy naraz, a rozmowa głosowa wymaga skupienia się na jednej czynności. Z komunikatora można korzystać przy okazji. Można obejrzeć jakąś stronę, zmienić piosenkę w odtwarzaczu i dopiero odpisać - nikt się nie obrazi za opóźnienie. Już dziś częściej używa się komunikatora niż e-maila.
W komunikatorze na dokładkę da się ukryć, a w komórce - nie. Mnie komórka denerwuje. Przeszkadza mi ta świadomość, że każdy może zadzwonić. W dowolnym momencie - to nie jest miłe uczucie. Być może kiedyś w komórkach też pojawią się takie funkcje jak w komunikatorze, że będzie można przejść w status niewidoczny albo zajęte.
Komunikatory zjadają mnóstwo czasu.
A telewizja nie zjada? Lepiej leżeć na tapczanie przed telewizorem, niż buszować w internecie, a przy okazji pogadać?
Czyli pasjonują Pana tylko nowoczesne technologie, a nie staroświecka telewizja?
Nie wszystkie. Nie czytam na przykład blogów. Rozumiem, że ktoś ma talent literacki, ale nie wierzę, żeby go miały miliony ludzi. A 10 milionów czytających wierzy, że talent ma ten milion piszących.
Taki internetowy "Big Brother". Każdy może zostać pisarzem, tak jak każdy może zostać gwiazdą telewizji. Może chcemy takiego łatwego świata?
Ja nie. Do wszystkiego sam doszedłem, nikt mi niczego nie podarował, nie odziedziczyłem ogromnego spadku.
A z Pana umiejętnościami programisty nie łatwiej byłoby przebijać się za granicą? Nie chciał Pan emigrować?
Miałem wyjechać do Stanów, do Krzemowej Doliny, ale nie dostałem wizy pracowniczej, bo nie miałem jeszcze wtedy skończonych studiów.
To Gadu-Gadu zawdzięczamy amerykańskiej ambasadzie.
Po części. Potem miałem propozycję pracy w Niemczech, ale wtedy już wolałem zostać w Polsce.
Czuje się Pan spełnionym człowiekiem?
Spełniłem się biznesowo, chociaż mam dopiero 32 lata. Moje plany biznesowe spełniły się nawet z nawiązką.
To jest Pan pozytywnym bohaterem naszych czasów.
Negatywnym. Za szybko się wzbogaciłem. To jest poważny problem dzisiejszych czasów, bo niektórzy ludzie zbyt szybko się dorabiają i potem nie mają już motywacji do dalszej pracy. W Google założyciele dostali akcje, które dziś są tyle warte, że oni po prostu odchodzą z firmy. Jeden z czołowych programistów zrezygnował z pracy i postanowił hobbistycznie oddać się astronomii.
Pan też rusza gdzieś nurkować albo wspiąć się na Mount Everest?
Do głowy mi to nie przychodzi. Są takie mody, ale ja nie znoszę snobizmu.
To co Pan będzie robił?
Będę budował polską lewicę.
Lewicę? I to mówi człowiek, który osiągnął sukces dzięki temu, że w 1989 roku w Polsce lewicę obalono?!
Ale to nie była lewica! PRL to był system totalitarny, nawet zahaczający o narodową prawicę, w końcu odpowiedzialny za wydarzenia marca 1968 roku. Jaki lewicowiec by wówczas stawał przeciwko Żydom w Polsce? Prawdziwa lewica musi być demokratyczna. Ja nie uznaję systemu niedemokratycznego. Prędzej czy później musi upaść. Lewica nie musiałaby siłą utrzymywać się przy władzy. W Polsce wówczas nie było i dziś nie ma prawdziwej lewicy. Ja jestem jak najdalej od SLD - dla nich liczy się tylko władza, a nie idee. Lewica to tylko szyld, który oni sobie przywłaszczyli. Co to zresztą za lewica - słyszę, że w Hiszpanii nawet prawica jest skłonna zaakceptować związki homoseksualne, a w Polsce SLD nie przyjdzie do głowy o tym się zająknąć. U nas za szczyt lewicowości uchodzi "Gazeta Wyborcza" - według zachodnich standardów solidny, prawicowy dziennik.
Aha. A o co chodzi w tym budowaniu lewicy?
Tworzymy grupę ludzi wokół portalu Lewica.pl. Dyskutujemy bardziej o ideach niż o programach. To nie są jeszcze w pełni wykształcone poglądy, na razie ścieramy się.
Kim są Pana towarzysze?
To niewielka grupa, koło dziesięciu osób. Studenci politologii, socjologii, absolwenci filozofii. To ludzie, których poglądy w głównych mediach nie są w ogóle zauważane. A panuje wśród nas duży ferment myślowy.
Daje Pan kasę na tę najnowszą lewicę?
Nie, nie finansuję. Wszyscy pracujemy na zasadzie wolontariatu. Podobnie jest z moją publicystyką w "Trybunie Robotniczej", stamtąd też nie czerpię dochodów.
O Jezu, znowu "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się".
Wcale nie. My mamy podtytuł: "...inny świat jest możliwy, inna Polska jest konieczna, inna Trybuna już jest!". Ówczesny "robotnik" to cały dzisiejszy "świat pracy"- ci, którzy utrzymują się z pracy najemnej, a więc także inteligencja. Także drobni przedsiębiorcy to odpowiednik tamtych "proletariuszy".
Jak patrzę na Pana, to widzę, że też klasa robotnicza się zmieniła. O czym Pan tam pisze?
Mnie zajmuje głównie gospodarka. Ja jestem zwolennikiem państwa socjalnego, ale także wolnego rynku - tego wielu moich kolegów wciąż nie akceptuje. Jestem za prywatyzacją wszystkiego. Generalnie to trochę taki model skandynawski - socjalne państwo, w którym szpitale są prywatne. Interesują mnie stosunki pracodawca - pracownik. Jestem zwolennikiem takiego modelu, w którym pracownicy dogadują się z pracodawcami, negocjują, ale bez narzucania sobie dyktatu. Czasem przecież ze względu na trudną sytuację finansową trzeba obniżyć płace albo ograniczyć zatrudnienie. Z drugiej zaś strony, jeśli firma dobrze prosperuje i ma duże zyski, nie ma uzasadnienia, żeby marnie płaciła pracownikom. Dzisiaj niestety mamy do czynienia z dyktatem praw pracodawców nad prawami pracowników. Gospodarka rozwija się, zyski przedsiębiorstw rosną, a płace często stoją w miejscu. Co prawda średnia płaca powoli rośnie, ale ze średnią jest tak, że jednemu płaca wzrośnie o 100 procent, a 9 pozostałym w ogóle nie wzrośnie, to średnio wyjdzie 10 procent.
To nie lepiej po prostu dać pracownikom akcje i uczynić współwłaścicielami?
Temu jestem przeciwny. Wtedy dochodzi do pomieszania ról pracownika i pracodawcy. Pracownik coraz bardziej staje się pracodawcą - a to znajomemu z rodziny załatwi pracę i ktoś bardziej wartościowy jej nie dostanie, to znowu zgodzi się, żeby nowi pracownicy zarabiali mniej, bo wtedy zyski są większe. W Polsce obserwuję, niestety, także w prywatnych firmach, że liczą się bardzo koneksje, a nawet nepotyzm.
Ma Pan ambicje polityczne na przyszłość?
Nie. Chciałbym się zajmować właśnie wspieraniem grup, które zajmowałyby się myślą lewicową. Chciałbym wspierać publicystykę lewicową, jakieś konferencje, spotkania, dyskusje.
To trochę abstrakcyjne.
Ale to wymaga pracy i pieniędzy. Nazwałbym to pracą u podstaw lewicy.
Ja teraz promuję wzrost płac. Polacy zarabiają po prostu za mało w stosunku do wartości swojej pracy.
A Pan dobrze płaci ludziom w firmie?
Jestem przykładem człowieka, który odniósł sukces dzięki innowacyjności, a nie dlatego, że mało płacił pracownikom. Firma płaci kilka razy więcej, niż wynosi średnia krajowa. Polskie przedsiębiorstwa będą miały poważny problem - przyzwyczajone do niskich płac stracą pracowników, którzy wyjadą na Zachód. I kto będzie pracować? Ze Wschodu przyjedzie coraz mniej ludzi, bo ruszą na Zachód albo do Moskwy, gdzie się więcej zarabia.
Podobno w ciągu 20 najbliższych lat ma nas zalać fala ludzi z Afryki.
Wykształcą się u nas i wyjadą na Zachód. Sami musimy się nauczyć zarabiać na innowacyjności, a nie na wyzysku pracowników.
Polska ma przyszłość w świecie nowoczesnych technologii?
Trzeba postawić na kształcenie. I nakreślić jakiś plan - jeśli przewidujemy wzrost zawodów technicznych, to postawić w liceach, technikach na matematykę, a jeśli na przykład rozwój genetyki i biotechnologii, to na biologię. I to niekoniecznie na poziomie doktoratu. Sam mam tylko licencjat, zresztą do niczego nie był mi potrzebny, firmę założyłem przed skończeniem studiów. Ja jestem zwolennikiem samokształcenia - człowiek musi cały czas się dokształcać, a państwo powinno mu zapewnić do tego warunki.
Jak dziś wygląda Pana dzień?
Wstaję rano i siadam do komputera. Czytam. Bardzo dużo przeglądam w internecie. Gram na giełdzie, to taka intelektualna rozrywka.
Odwożę starszego syna na treningi piłki nożnej. Młodszym dużo zajmuję się w domu. I lubię robić zakupy.
Gotuje Pan?
Nie, żona. Jakoś mi nie wychodziło. Chociaż jedzenie to dla mnie taki nałóg jak dla innych palenie papierosów. Lubię jedzenie dla samej przyjemności, a nie dla zaspokajania głodu.
Dużo Pan przytył, pisząc Gadu-Gadu?
Dobrych parę kilo. Wtedy odżywiałem się głównie kawą z mlekiem i pizzą.
Nie chce Pan zarobić więcej?
Pieniędzy mam wystarczająco i dla siebie, i dla rodziny. Jak ktoś chce zarabiać coraz więcej, to mu radzę, żeby zainwestował w psychoterapeutę. Wyjdzie mu taniej i zdrowiej.
Przez pięć lat pracowałem nad Gadu-Gadu praktycznie sam, czasami zatrudniając kogoś do pomocy, w porywach dwie osoby. I stworzyłem firmę, która dziś jest warta 100 milionów dolarów. Wystarczy.
Korzysta Pan z Gadu-Gadu?
Tak, częściej niż z poczty elektronicznej. Większość moich znajomych siedzi przy komputerach. Ale status mam ustawiony na: niewidoczny.
Źródło: Duży Format