http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Quo vadis Polsko?

Bartłomiej Kutyła
2012-01-27, ostatnia aktualizacja 2012-01-27 12:53

Wobec ostatnich wydarzeń na rodzimej scenie politycznej, związanych z wystąpieniem ministra Sikorskiego w Berlinie i debatą na temat wsparcia unijnego funduszu ratunkowego dla zagrożonych krajów strefy euro, na nowo rozgorzała dyskusja na temat przyszłości Polski w Unii. Od lewej do prawej strony sceny politycznej dają się słyszeć różne sprzeczne głosy. Jedni mówią o zrzekaniu się suwerenności, drudzy o europejskiej solidarności i zagrożeniu Europą dwóch prędkości. Jak jest naprawdę? Dokąd zmierza Wspólnota Europejska, a wraz z nią nasz kraj? Czy Polska będzie współdecydowała o fundamentalnych zmianach, czy pozostanie mało znaczącym państewkiem, gdzieś na obrzeżach Unii?

Dokładne naświetlenie tych kwestii wymaga ponownego spojrzenia na ostatnie wydarzenia na scenie politycznej naszego kontynentu. O czym zdecydowali przywódcy Unii na ostatnim szczycie w Brukseli? Wielu ekonomistów i polityków przychyla się do opinii, że podjęte tam decyzje będą kluczowe dla przyszłości nie tylko strefy euro, ale także całej Unii oraz Europy. Liderzy państw, na czele z prezydentem Francji, Nicolasem Sarkozym, i kanclerzem Niemiec, Angelą Merkel, zgodzili się, że strefę euro należy chronić za wszelką cenę, a redukcja problemu zadłużenia wymaga daleko idących, bolesnych reform wraz z dokapitalizowaniem banków, a nie forsowaną emisją wspólnych euroobligacji, które byłyby konkurencją dla niemieckich i francuskich obligacji.

Wiele społeczeństw zadaje sobie pytanie, co by się stało gdyby jednak dopuszczono do upadku Grecji i w dalszej perspektywie do powrotu krajów Unii do rodzimych walut. Takie rozwiązanie zyskuje coraz większe poparcie. Wydaje się, że rozpatrywanie wyłączenia tylko kraju Hellady z unii walutowej, bez dalszych presji na wyrzucenie kolejnych krajów z zaciskającą się na szyi pętlą długu wydaje się nierealne. Według ostatnich symulacji przeprowadzonych przez jeden z polskich banków, ING, opublikowanych w Gazecie Wyborczej, upadek wspólnej waluty pogrążyłby Europę w głębokiej recesji, połączonej z wysokim bezrobociem, w szczególności wśród ludzi młodych. Szacunki wskazują na przeciętnie 9-procentowy spadek PKB w krajach Wspólnoty i bezrobocie znacznie przekraczające 10% w pierwszym roku od zniknięcia euro. Najbardziej dotknięte byłyby oczywiście kraje z nieuporządkowanymi finansami publicznymi, które straciły zaufanie inwestorów, takie jak Grecja (ponad 13-proc. spadek PKB i 22% bezrobocie), Portugalia (-13% i 17%) oraz Hiszpania (-10% i 26%). Tylko kraje o silnych podstawach gospodarczych, takie jak Niemcy, a wraz z nimi i Polska, pokonałyby około 7-procentową recesję relatywnie szybko, w ciągu 2 lat, a wzrost gospodarczy w Polsce powróciłby do poziomu 5% w 2016. Gorzej z bezrobociem, które w naszym kraju sięgnęłoby 17% w rok po upadku euro, czyli ponad dwa razy więcej niż u naszego zachodniego sąsiada. Reszta krajów, a w szczególności Hiszpania, Portugalia, czy Grecja, pogrążyłyby się w chaosie, a i ich PKB zmalałby w sumie o około 1/5, stawiając je na skraju wieloletniej dekoniunktury i rozruchów wewnętrznych. Mimo że są to tylko mgliste analizy, czy w ich obliczu słowa ministra spraw zagranicznych Polski, mówiące o prawdopodobnej wojnie w Europie między bogatymi a biednymi nie wydają się zasadne? Czy nie powinniśmy jako odpowiedzialni Europejczycy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby ustrzec nasz kontynent od tego zagrożenia?

Teraz przejdźmy do zagadnienia samego pakietu ratunkowego i polskiego wsparcia. Obecny rząd wraz z Narodowym Bankiem Polskim podjął niedawno decyzję o udzieleniu pożyczki dla MFW w wysokości 6 miliardów euro. Czy to dużo? Zgodnie z ustaleniami szczytu, kraje strefy mają w sumie wygospodarować 150 mld, a członkowie spoza niej: Polska, Dania, Czechy i Szwecja, zadeklarowali kolejne 50 mld. Te pieniądze posłużą podniesieniu aktywów Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej z 500 mld do 700 mld euro. Czy to wystarczy na uratowanie zagrożonych gospodarek? Czas pokaże. Część ekonomistów uważa, że dopiero podniesienie kapitałów funduszu do biliona euro zapewniłoby całkowitą odporność na ataki spekulantów, ale w czasach ostrych cięć wydatków publicznych zebranie takiej kwoty jest mało realne.

Decyzja o polskim wkładzie dla ratowania wspólnej waluty wzbudza wiele kontrowersji na scenie politycznej. W trakcie debaty padały argumenty prawicy, że nie powinniśmy wspomagać leniwych i bogatych Greków i Włochów kosztem naszych emerytów i wykorzystać ogromne rezerwy NBP na wsparcie inwestycji. Z drugiej strony, politycy lewicy uważają wsparcie UE za nasz traktatowy obowiązek. Na pewno należy odrzucić demagogiczne hasła o okradaniu Polaków kosztem bogatszych członków Wspólnoty. Po pierwsze, pieniądze te nie pochodzą z budżetu, tylko z rezerw NBP, które na dzień dzisiejszy sięgają 75 miliardów euro. Do tego bank centralny ma do dyspozycji ponad 19 mld SDR (międzynarodowej jednostki pieniądza bezgotówkowego wykorzystywanej przez MFW), czyli około 23 mld euro elastycznej linii kredytowej, przyznawanej krajom o solidnej sytuacji fiskalnej i prowadzącym przewidywalną i odpowiedzialną politykę. W sumie daje to prawie 100 mld euro lub 126 mld dolarów, co klasyfikuje nas w pierwszej 20. wśród krajów świata, Dla porównania, nasz zachodni sąsiad posiada około 230 mld dolarów takich rezerw mimo 7-krotnie większego PKB, a chińskie rezerwy przekroczyły już 3,2 bln dolarów! Po drugie, pieniądze te i tak nie mogą być wydane na finansowanie wydatków budżetu państwa, gdyż rezerwy walutowe nie podlegają jurysdykcji władz rządowych, a służą zapewnieniu stabilizacji kursu walutowego. Zgodnie ze słowami zapisanymi na stronach NBP: "wysoki poziom rezerw umacnia wiarygodność kraju, dowodzi, że jest on solidnym partnerem w relacjach zewnętrznych, a bank centralny dysponuje odpowiednim zasobem walut, aby w razie potrzeby chronić wartość własnego pieniądza". Środki te i tak nie mogą być przeznaczone na łatanie budżetu bez poważnych konsekwencji dla sytuacji makroekonomicznej w kraju, gdyż jest to po prostu pośredni dodruk pieniądza, napędzający oczekiwania inflacyjne, ponadto zakazany przez konstytucję i zobowiązania traktatowe naszego kraju. Po trzecie, jest to pożyczka udzielona MFW, a nie bezzwrotna pomoc konkretnym państwom UE, co wielokrotnie podkreślał premier Tusk. Taki sposób przekazania tych pieniędzy zapewnia pełne bezpieczeństwo powierzonych środków, co potwierdzają słowa ministra Rostowskiego, że obecnie MFW to najpewniejszy kredytobiorca na świecie. Dopiero MFW pożyczy te pieniądze zagrożonych krajom, które popadną w kryzys niewypłacalności.

Przechodząc natomiast do przyszłości Polski w Unii, musimy odwołać się do wzbudzających wiele kontrowersji słów ministra Sikorskiego na ostatniej konferencji w Berlinie o większej integracji oraz wzmocnieniu i centralizacji najważniejszych urzędów Wspólnoty na kształt Stanów Zjednoczonych Europy. Hasła te już od dawna krążyły na europejskich salonach. Minister poruszył kwestię połączenia stanowiska szefa Komisji Europejskiej i Przewodniczącego Rady Europejskiej, wzmocnienia integracji gospodarczej oraz większej roli Niemiec w inicjowaniu reform. Słowa Sikorskiego odbiły się pozytywnym echem na starym kontynencie i były szeroko chwalone. Politycy prawicy byli zbulwersowani tymi słowami i grozili obecnemu ministrowi Trybunałem Stanu. Natomiast lewica wraz z centrum poparła to wystąpienie jako odważne słowa europejskiego męża stanu, prezentujące myśli tkwiące od dłuższego czasu w głowach obywateli Europy. Istnieje oddolna potrzeba przełamania niemożności zbiurokratyzowanych instytucji europejskich i wprowadzenia silnego gospodarczego "rządu europejskiego". Wszyscy zgadzają się, że wspólna waluta pretendująca do miana najważniejszej waluty świata nie będzie dobrze funkcjonować w obliczu tak znaczących różnic w polityce fiskalnej, z jakimi mamy do czynienia obecnie - Niemcy prowadziły zrównoważoną i stabilną politykę budżetową, a kraje PIIGS wykorzystywały tani pieniądz, uodporniony na inflację, w celu finansowania rozdmuchanych wydatków publicznych. Kwestią sporną jest natomiast narzucenie wspólnej polityki fiskalnej, w tym ujednoliconych stawek podatkowych, czy wprowadzenie podatku bankowego. Zmiany te w opinii części polityków będą skutkować spadkiem konkurencyjności naszej gospodarki, której przewaga wynika głównie z niższych kosztów pracy niż na Zachodzie.

Nie ulega wątpliwości, że wobec powstających projektów kluczowych reform w UE, Polska staje przed możliwością o współdecydowaniu o ich kształcie. Wymaga to jednak wyzbycia się narodowych egoizmów, często ubranych pod płaszczem źle rozumianego patriotyzmu i gloryfikacji dorobku historycznego. Takie hasła są szczególnie obserwowane z prawej strony sceny politycznej, która straszy nas wizją utraty niepodległości. Ponadto, mimo że przylgnęło do nas miano "zielonej wyspy" - kraju który przoduje pod względem dynamiki wzrostu gospodarczego na "starym kontynencie" - to wciąż jesteśmy silnie uzależnieni od krajów Zachodu, które są głównym dostarczycielem kapitału oraz odbiorcą naszego eksportu. Popyt konsumencki i sytuacja ekonomiczna w tych krajach silnie wpływają na rozwój gospodarczy u nas, więc kłopoty strefy euro gwałtownie uderzają w naszą gospodarkę z mniej więcej półrocznym opóźnieniem. Co więcej, zawirowanie związane ze wspólną walutą potęguje deprecjację złotego wobec głównych walut świata, co z jednej strony wzmacnia eksport, ale też powoduje wzrost cen dóbr importowanych i wzrost kosztów obsługi tańszych kredytów zagranicznych.

Podsumowując, sytuacja fiskalna Polski jest relatywnie dobra na tle państw Wspólnoty, ale to, czy będziemy kontynuować wzrost gospodarczy i doganiać zamożne kraje Unii, jest uzależnione od tego, czy strefa euro poradzi sobie z kryzysem zadłużenia. Po raz pierwszy w historii stajemy przed możliwością nadawania tonu zmianom na starym kontynencie i tylko od naszych polityków zależy wykorzystanie tej szansy. Przekazanie części suwerenności w imię silniejszej gospodarczo Europy nie jest oznaką poddaństwa, a wyrazem stanu wyższej odpowiedzialności za sprawy europejskiej rodziny. Pamiętajmy, że kraje BRIC powróciły już na dynamiczną ścieżkę rozwoju i jeśli Europa ma pozostać liczącym się członkiem gospodarczego świata, musi uwolnić się od niepewności inwestorów i skierować się na drogę innowacyjności, a nie pogrążyć w recesji i niepokojach społecznych.

Źródło: Gazeta Trend
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów