Czwartkowa wyprzedaż akcji na nowojorskiej giełdzie, największa od czasu kryzysu finansowego jesienią 2008, wynika przede wszystkim z szybko kurczącej się wiary inwestorów, że liderzy po obu stronach Atlantyku mają pomysł na to, co robić. Ameryka pokazała zdumionemu i truchlejącemu światu, że kondycja jej systemu politycznego jest jeszcze słabsza niż kondycja kuśtykającej gospodarki. Wprawdzie za pięć dwunasta odłożyła na bok pistolet, jaki przystawiła sobie do skroni, to cały fajerwerk uświadomił także przedsiębiorcom skalę politycznych podziałów i rozmiary niepewności, a to nigdy nie sprzyja działalności gospodarczej. Europejska saga rozrasta się na dobre, czy raczej na złe. Po rzuceniu koła ratunkowego Grecji, Portugalii i Irlandii, ciemne chmury zbierają się nad Hiszpanią i Włochami. Na każdym zakręcie kryzysu w
strefie euro przywódcy działali zbyt opieszale i nieadekwatnie do sytuacji.
W zamieszaniu towarzyszącym żałosnemu widowisku w Kongresie z pola uwagi umknęły na moment rewizje danych gospodarczych. Dostrzeżono co najwyżej mizerne stopy wzrostu
PKB. W drugim kwartale 2011 wzrósł on o 1,3 proc., w pierwszym kwartale zaś - zaledwie o 0,4 proc. Jednocześnie ponownie zrewidowano dane z okresu recesji 2008-09. Biuro Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu początkowo szacowało spadek PKB od czwartego kwartału 2007 r. do drugiego kwartału 2009 na 3,7 proc. W zeszłym roku spadek ten przeszacowano na 4,1 proc., a obecnie zrewidowano go do 5,1 proc. Krótko mówiąc, po głębszych, niż dotąd sądzono, spadkach nastąpiło znacznie słabsze, niż oczekiwano, ożywienie.
Przez ostatnie dwa lata, od czasu gdy według oficjalnych statystyk skończyła się recesja, z rozmaitych ważnych gabinetów dochodziły zapewnienia, że gospodarka nabiera rumieńców. Ilekroć pojawiały się złe wiadomości, na poczekaniu znajdowało się tłumaczenie, że to tylko przejściowa zadyszka, że winni są raz Grecy, innym razem japońskie tsunami albo pogłoski z Pekinu. Dziś okazuje się, że wzrost, jeśli o takim można mówić, jest anemiczny, i ani przepychanki w Waszyngtonie, ani działania w Brukseli nikomu i niczemu na dobre nie wyszły. Jeśli Ameryka była na ścieżce do ożywienia gospodarki, to była to wyjątkowo wąska i kręta ścieżka, i coraz bardziej realna staje się perspektywa, że może właśnie ta ścieżka się kończy.
Najlepszym barometrem jest rynek pracy. A tam piekielnie trudno o dobre wieści, złe zaś albo zamiatano pod dywan, albo gubiły się we mgle. Oficjalne statystyki
bezrobocia tracą bowiem swoją przydatność z chwilą, gdy pęcznieją zastępy ludzi, którzy wbrew swej woli pracują w niepełnym wymiarze (czasem kilka godzin w tygodniu), ale nie liczą się jako bezrobotni, albo bezrobotni tracą wiarę w szanse znalezienia pracy i przestają jej szukać, albo wreszcie skończył się im czas zasiłków i wypadli z oficjalnych statystyk. W tej sytuacji bardziej precyzyjnie sytuację na rynku pracy oddają statystyki zatrudnienia, a nie bezrobocia.
Liczba zatrudnionych poza rolnictwem jest dziś w USA o przeszło 6,5 mln niższa niż w 2007 roku. Co więcej, skurczyło się zwłaszcza zatrudnienie w sektorach o wyższych niż przeciętne płacach. O 2,2 mln spadło zatrudnienie w przemyśle, o tyle samo - w budownictwie, o 700 tys. - w sektorze finansów. Milion mniej ludzi pracuje dziś w handlu detalicznym. Spadło nawet, wbrew obiegowym opiniom, zatrudnienie w sektorze rządowym. Jedyny, który odnotował wzrost, to sektor szkolnictwa i służby zdrowia. W okresie luty-maj (nie ma nowszych danych) co miesiąc spadały płace realne w przekroju całej gospodarki.
W czerwcu 2007 r. w Ameryce zatrudnionych było 63 proc. dorosłych. W czerwcu 2009, kiedy oficjalnie skończyła się recesja, odsetek ten wyniósł 59,4 proc., a w czerwcu 2011 - ponoć dwa lata od początku ożywienia - 58,2 proc.
Pomijając fakt, że przewlekłe masowe
bezrobocie to katastrofa w wymiarze humanitarnym, jest to także fatalny prognostyk dla kondycji fiskalnej państwa. Niższe zatrudnienie bowiem to niższe wpływy podatkowe i wyższe wydatki na zasiłki i pomoc socjalną.
W czerwcu ubiegłego roku, przed szczytem G20 w Toronto, Obama w imieniu anemicznej Ameryki mówił, że za wcześnie, aby zdejmować nogę z gazu. Przestraszona kryzysem euro Europa opowiadała się za pilną redukcją deficytów budżetowych. Po przegranych przez Demokratów wyborach jesienią 2010 Ameryka przyjęła podobną co Europa optykę. Stymulacja w wykonaniu rządów, zwłaszcza w Ameryce, przyniosła rezultaty skromniejsze, niż oczekiwano. Głównie dlatego, że wysiłki były bardziej odruchem paniki niż wynikiem przemyślanego długofalowego planu. Ale już wtedy pojawiło się pytanie, czy po nieodpowiedzialnym i pozbawionym wyobraźni popuszczaniu pasa nie mamy do czynienia ze zbyt gwałtownym jego zaciskaniem. Bo jeśli tak właśnie jest, to szkody z tego płynące mogą okazać się nie mniej dotkliwe niż skutki wcześniejszego grzechu rozpasanej konsumpcji.
Dziś gospodarka woła o pomoc, a system polityczny pozostaje głuchy. Polityka fiskalna ma związane ręce, bo wydatki się tnie, i to ostro, więc szanse na dodatkowe bodźce są mniej niż mizerne. Polityka monetarna wyczerpała swoje narzędzia, bo
stopy procentowe są bliskie zera. Gospodarstwa domowe nie bez powodu zaciskają pasa.
Obama w liście, jaki wysłał w czerwcu 2010 r. do swoich partnerów z G20, zapewnił o swym zrozumieniu potrzeby dyscypliny fiskalnej i determinacji zmniejszenia amerykańskiego deficytu, ale wyraźnie ubrał to wszystko w ramy czasowe. Wymogi dyscypliny budżetowej dotyczą średniej i dalszej perspektywy - pisał. Dziś bądźmy świadomi, że przedwczesne zastopowanie działań stymulacyjnych grozi nawrotem recesji. Czyżby wykrakał?
*Andrzej Lubowski, publicysta i ekonomista na stałe mieszkający w USA