WIG20 zyskał na starcie blisko 1 proc. i w cuglach pokonał próg 2450 pkt. Ośmieleni tym inwestorzy sypnęli jeszcze groszem i tuż przed południem WIG20 pokonał poziom ostatniego rekordu, o mało z marszu nie forsując 2500 pkt. Dopiero wtedy część graczy uznała, że ceny akcji są na tyle wysokie, że nie warto ryzykować i trzeba zgarniać zyski do kieszeni. Kolejny impuls do zakupów mogły dać dane o krajowej produkcji przemysłowej. Tu reakcja była już czysto spekulacyjna, bo chociaż dane okazały się nawet ciut lepsze od prognoz ekonomistów, to gracze zaczęli sprzedawać akcje. Widać było, że te optymistyczne dane makro były już wliczone w ceny akcji. Jednak przecena była umiarkowana, bo pomagała sytuacja na zagranicznych giełdach, gdzie indeksy były na plusach. Ostatecznie WIG20 zyskał 0,8 proc. i nie zdołał poprawić rekordu. Ogromne zainteresowanie naszym parkietem widać było po obrotach aż 2,3 mld zł.
Wzrost cen akcji na GPW był szeroki - WIG20 pociągnęły w górę przede wszystkim największe banki i spółki naftowe. Te ostatnie zyskały bo osłabił się dolar, w którym handluje się ropą. Z mniejszych firm znowu mocno zdrożały papiery Petrolinvestu, który nawiązał współpracę z francuskim koncernem Total. Kurs Petrolinvestu doszedł już do 40 zł, a jeszcze na początku zeszłego tygodnia nie przekraczał 20 zł.
Popyt na polskie aktywa widać było także po kursie złotego. Złoty umocnił się do wszystkich głównych walut. Euro kosztowało 3,86 zł, frank - 2,67 zł, a dolar - 2,81 zł. Kurs "zielonego" stracił relatywnie najwięcej, bo równolegle amerykańska waluta straciła umiarkowanie także do euro.
W całej euforii zakupów warto pamiętać, że zwyżka wynika głównie z tego, że na rynku nadal jest tak dużo taniego pieniądza dostarczanego przez banki centralne, że inwestorzy pochłonięci spekulacją nie przejmują się obawami ani o spowolnienie gospodarki chińskiej, ani o drugie dno recesji w USA czy Eurolandzie, nie wspominając o problemach Grecji.