http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Analitycy na huśtawce prognoz

Leszek Baj, Patrycja Maciejewicz
2010-01-28, ostatnia aktualizacja 2010-01-28 19:55

Kto skrupulatnie czyta prognozy instytucji finansowych, może odnieść wrażenie, że trzyma w ręku zdezelowany barometr - najpierw zapowiadał burze i nawałnice, teraz zachęca nas do wyjęcia strojów plażowych

Patrycja Maciejewicz
Fot. Gazeta
Patrycja Maciejewicz
Kryzys gospodarczy pokazał, że prognozy gospodarcze obarczone są ogromnym ryzykiem. Skoro w zeszłym roku wiele osób wieściło nam 2-proc. recesję, a wczoraj okazało się, że mamy wzrost o 1,7 proc., to czemu teraz mamy wierzyć analitykom, którzy rozbudzają nasze apetyty na ponad 4-proc. wzrost gospodarczy?

Jeszcze rok temu gospodarka światowa była w środku huraganu. W Polsce złoty leciał na łeb na szyję, produkcja przemysłowa spadała o kilkanaście procent, a handel zagraniczny o ponad 20 proc.! Ekonomiści na wyścigi obniżali prognozy gospodarcze dla naszego kraju. Dziś większość z nich może powiedzieć, że na początku kryzysu miała rację, że dokładnie przewidziała, o ile zmieni się nasz PKB. Problem w tym, że prawie nikt tych prognoz nie utrzymał, analitycy stadnie bowiem ulegli fali pesymizmu.

Ekonomiści Danske Bank w lutym 2009 r. przewidywali w Polsce 2-proc. recesję w 2009 r. - Prawdopodobieństwo, że recesja wyniesie 2 proc., jest większe niż 50 proc. - mówił w kwietniu "Gazecie" Mirosław Gronicki, minister finansów za premiera Belki. Ale pomyliły się nawet takie instytucje jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który w pewnym momencie przewidywał spadek PKB w Polsce o 0,7 proc., czy Komisja Europejska - o 1,4 proc.

Tymczasem już w połowie zeszłego roku wiadomo było, że dno jest dużo płytsze. Dane przestały się pogarszać, więc ekonomiści jak na komendę zaczęli rewidować prognozy w górę. Kolejne informacje były wciąż lepsze od oczekiwań - a to produkcja przemysłowa osiągnęła niespodziewanie niemal dwucyfrową dynamikę, a to sprzedaż detaliczna nie załamała się, a to nastroje przedsiębiorców osiągnęły poziom nienotowany od miesięcy. Wzrost PKB w całym 2009 r. sięgnął - według wczorajszych danych GUS - 1,7 proc. Powoli więc analitycy wpadają w małą ekstazę: Hurra, wychodzimy z dołka, teraz może być już tylko lepiej!

Według prognoz ekonomistów wzrost gospodarczy w 2010 r. wyniesie nie 1,5, nie 2, dla niektórych nawet 3 proc. PKB to już za mało. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia analitycy TFI ING opublikowali raport, z którego wynika, że wzrost gospodarczy w tym roku może sięgnąć w Polsce nawet 4-4,5 proc.!

Hola, hola, nie minął jeszcze styczeń. A to oznacza, że dopiero znamy dane statystyczne na grudzień ubiegłego roku. Czy mamy już wystarczającą pewność, że świat tak szybko otrząśnie się z największej recesji od kilkudziesięciu lat i że polska gospodarka wyskoczy w 2010 r. jak z procy? Ekonomiści spodziewali się, że w grudniu produkcja przemysłowa w Polsce wzrośnie o 11 proc., tymczasem była "tylko" o 7,4 proc. wyższa niż rok wcześniej. Kryzys finansowy mocno zdezawuował wiarygodność prognozowania. Było ono znacznie prostsze, gdy świat był bardziej przewidywalny. Kiedy nadszedł szok, wiele modeli makroekonomicznych po prostu zgłupiało. A w świecie prognoz ciężko jest nie ulegać presji otoczenia - gdy wszyscy analitycy podwyższają swoje oczekiwania, to bezpieczniej jest robić to samo.

Gdyby istniały idealne prognozy gospodarcze, świat ekonomii byłby do bólu przewidywalny i nudny. Ale prognozy, które idą od skrajności w skrajność, są niewiele warte.

Owszem, łatwo teraz wytykać palcem pomyłki. Ale można też wyciągnąć z tego lekcję. Z całego serca chcielibyśmy, by polska gospodarka już w tym roku wrzuciła czwarty, a może i piąty bieg. Aby rosła w tempie jak przed kryzysem. Ale jakoś ciągle nie możemy zapomnieć, że skutki kryzysu polskie firmy i pracownicy ciągle odczuwają. Bezrobocie sięga niemal 12 proc., a brak pracy to dla wielu Polaków największy hamulec w wydawaniu pieniędzy, czyli zwiększaniu napędzającej gospodarkę konsumpcji. Poza tym nie będziemy już mieć dodatkowego 30-mld zastrzyku finansowego, jaki zyskaliśmy w sumie dzięki obniżkom podatków i składki rentowej.

Nie można zapominać o zagrożeniach czających się w finansach państwa. Deficyt budżetowy na pewno wzrośnie. Dług publiczny też - a gdyby przekroczył konstytucyjne progi 55 i 60 proc. PKB, minister finansów musiałby ostro ciąć wydatki budżetu i pewnie podnieść podatki. Wcale nie mamy też pewności, że eksport w dalszym ciągu będzie napędzał naszą gospodarkę.

Dlatego warto chyba jeszcze zachować umiar w prognozowaniu. Miejmy nadzieję, że przez najgorsze już przebrnęliśmy, ale czeka nas jeszcze wcale niełatwe sprzątanie gospodarki. Dopiero wtedy będzie można obwieścić triumfalnie koniec kłopotów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów