Środowe osłabienie na giełdzie było tylko krótkim przerywnikiem w trwających od dwóch tygodni wzrostach cen akcji. I jedyną okazją do zakupów przed kolejnymi fajerwerkami. Kto się spóźnił - już żałuje. WIG20 w czwartek zaliczył wzrost o prawie 2,9 proc. i wzbił się do najwyższego poziomu w tym roku - 2052 pkt. Co ważniejsze, przebił wyraźnie granicę 2040 pkt., czyli górne ograniczenie trwającego od kilku miesięcy płaskiego trendu. Jeśli w piątek ten sygnał się potwierdzi, na parkiecie może zacząć się kolejna duża fala odrabiania strat z bessy.
A jeszcze do połowy dnia wydawało się, że szczytem marzeń inwestorów będzie poziom 2015-2020 pkt. na wykresie WIG20. Sprzedających było niewielu, a kupujący czekali na popołudniowe dane makroekonomiczne, więc na parkiecie wiało nudą. Wszystko zmieniły dopiero dużo lepsze od oczekiwań analityków wieści z amerykańskiego rynku nieruchomości (m.in. lepsza sprzedaż domów na rynku wtórnym). Rynek dosłownie eksplodował. W Europie Zachodniej indeksy DAX i CAC40 błyskawicznie wydobyły się spod kreski i na półtoraprocentowy plus. Podobnie zaczął się handel w USA.
Warszawska giełda zareagowała na dobre wiadomości ze świata makroekonomii dużo mocniej, niż rynki rozwinięte. Podobnie zresztą, jak parkiet węgierski (indeks BUX poszedł w górę prawie 2,8 proc.). Na inwestorów dobrze wpływała świadomość, że nasza giełda była ostatnio jedną z najsilniejszych na świecie, a im lepsze globalne nastroje, tym więcej kapitału na nią płynie, także z zagranicy. Świadczy o tym niebywała siła polskiej złotówki. W czwartek po południu euro kosztowało już tylko 4,21 zł, podczas gdy jeszcze rano za wspólną walutę płacono 4,25 zł. Frank szwajcarski (2,76 zł) jest najtańszy od stycznia. A dolar - po 2,95 zł!
Za wcześnie jeszcze, by otwierać szampany, ale jeśli dobre nastroje przeniosą się na piątkowe notowania giełdowe, to inwestorom w Warszawie otworzy się brama do wzrostu indeksu WIG20 nawet do 2350-2400 pkt. Dopiero tam znajduje się kolejna poważna bariera. Aby tak się stało popisać się muszą jeszcze inwestorzy w USA, bo indeks S&P500, choć ochoczo ruszył w górę, to wciąż nie przebił się jeszcze przez swój sufit na poziomie 1000 pkt. (teraz ma 970 pkt.).
Źródło: Gazeta Wyborcza