"Rzeczpospolita" pisze, że straty LOT-u za ubiegły rok przekroczyły 700 milionów złotych, z czego ponad 300 mln zł to nietrafione transakcje zabezpieczające ceny zakupu paliw. Spółka nie płaci za większość faktur, bo nie ma pieniędzy, a banki odmawiają jej kredytowania.
Dziennik podkreśla, że jeśli firma ma przetrwać czeka ją bolesna restrukturyzacja. LOT już zlikwidował taniego przewoźnika Centralwings, który w ciągu pięciu lat swojego istnienia ani razu nie wypracował zysku. A nowy p.o. prezesa spółki Sebastian Mikosz zapowiada zwolnienia. Dotkną one m.in. pilotów, których w firmie jest zdecydowanie za dużo - na 50 samolotów LOT ma 500 pilotów, co jest najwyższą średnią w europejskim lotnictwie cywilnym.
Firma chce przyciągnąć klientów obniżkami cen. Od maja rusza nowa kampania reklamowa - na przykład za bilet w dwie strony za Atlantyk zapłacimy niewiele ponad 1600 złotych. - Dla mnie było niepojęte, że Lotem nie latają polskie władze. Rozmawiałem z marszałkami i teraz to rozumiem: każdy urząd ma obowiązek wyboru najtańszych biletów, a w LOT było drogo. Nas najdrożej kosztuje jednak puste miejsce w samolocie. Na to nie możemy sobie pozwolić - przekonuje Mikosz, który już spotkał się z częścią pracowników spółki, a w najbliższych dniach będzie rozmawiał z resztą ludzi z LOT. Prezes zdradził też, że chciałby, aby LOT został oficjalnym przewoźnik Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku.
"Rzeczpospolita" zwraca uwagę, że upadek LOT-u dla polskich pasażerów oznaczałby przede wszystkim wzrost cen i konieczność uciążliwych przesiadek, bo liczba bezpośrednich połączeń znacznie zmniejszyłaby się. Ucierpiałyby też polskie lotniska, głównie regionalne, gdzie LOT jest głównym przewoźnikiem.